|
Archiwum
Zakładki:
Ulubione
Tagi
>
|
wtorek, 24 stycznia 2012
Dlaczego szpitale są takie smutne
Oto notatki z zimowego, ciężkiego sezonu Dlaczego szpitale są takie smutne - Byle nie do szpitala! – powtarza każde dziecko i każdy rodzic. Dlaczego tak jest? Skoro dziecko jest tak chore, że tylko szpital nam pozostaje, to powinniśmy z ulgą przyjąć szansę na poprawę zdrowia, a tymczasem znam tylu rodziców, którzy uciekali ze szpitali na własną odpowiedzialność, męczyli dziecko zastrzykami trzy razy na dobę w przychodni, warowali całymi nocami przy łóżkach, wyczuleni na najlżejszy szmer. Byle nie do szpitala… Ostatnio miałam okazję przekonać się na własnej skórze, dlaczego tak jest. I na skórze mojego półrocznego dziecka, rzecz jasna. A trafiłam przecież nie do byle szpitala, tylko do jednego z tych lepszych, znanych w całej Polsce, którego nazwa powtarzana jest z nabożną czcią przez nieznających się na rzeczy. Choć to szpital dziecięcy, dziecko przestaje być dzieckiem już od progu, już na izbie przyjęć – staje się przypadkiem, kłopotem, zajętym łóżkiem, zaniedbaniem rodziców, nieszczęśliwym wypadkiem. Pani doktor wzdycha, nie słucha, posyła dalej, niech martwią się na oddziale. Tam też nikt nie słucha rodzica, bo rodzic to kłopot na tym oddziale, ale dziecko bez rodzica – jeszcze większy (płacze, trzeba go nakarmić, przewinąć, pocieszyć, no, same problemy). Więc tolerujemy obecność rodzica przy dziecku (zwłaszcza karmiącego piersią), ale staramy się, żeby nam nie przeszkadzał: nie ma możliwości rozłożenia łóżka nocą, nie ma prysznica i toalet w pobliżu, jeść na oddziale nie można i rozmawiać przez telefon też… To pozostałości z czasów, gdy rodzice w ogóle nie mogli zostać z dzieckiem w szpitalu. To my jesteśmy tym pokoleniem, leczącym traumy z hospitalizacji do dzisiaj, przy własnych dzieciach. Ale nieważne, damy radę przekimać tydzień na krześle, przecież nie rodzic jest tutaj bohaterem, tylko dziecko. Dziecko zostaje porwane do zabiegówki, rodzic wyproszony na zewnątrz („dziecko ofiarne” – kołacze mi się w głowie cytat z rozdzierającej książki Cień mojego dziecka, ale to chyba nadużycie). I znów się go nie słucha (- Bardzo proszę, nie w tę żyłę, tutaj się nie można wkłuć, chociaż widać, mówiłam… - Proszę wyjść). Potem wpada pani doktor: - Dziecko nie daje się zbadać! (Dziecko po półgodzinie bezskutecznych prób wkłucia wenflonu nie daje się zbadać? Niesłychane!) – To pewnie pneumokoki – wyrokuje pani doktor (potem okazuje się, że to pani doktor „co lubi straszyć”). Czekamy do rana bez lekarstw, bo dziecko nie daje się zbadać. - Dlaczego dziecko nie zbadane? – pyta mnie rano inna pani doktor. I nie słucha odpowiedzi. Pisałam już kiedyś o obyczaju dworskim nadal obowiązującym w szpitalach: lekarze wchodzą na salę często bez słowa przywitania, ignorują zapytania rodziców, bo rodzic powinien tylko odpowiadać na pytania. Pokój lekarski i dyżurka pielęgniarek to zaklęte rewiry – rodzic witany jest tam warknięciem, że się ośmielił. O takich drobiazgach jak budzenie dziecka do badania, kąpieli czy wizyty studentów nie wspomnę (znany wszystkim mamom z porodówki zwyczaj budzenia wszystkich na sali o piątej, żeby zmierzyć temperaturę). O tym, że niemal wszyscy lekarze znikają przed drugą też już rozmawialiśmy – w końcu muszą zdążyć dojechać do prywatnych przychodni… Ale o tym, że nad głową mojego dziecka panie doktor kłócą się, czy dać mu lek wykrztuśny czy łagodzący kaszel – jeszcze nie. A potem dziwią się, że człowiek traci resztki zaufania do personelu medycznego… Sto razy łatwiej znaleźć złote serce wśród pielęgniarek, które są jakby bliżej życia, bliżej dzieci… I często mają większe doświadczenie i lepsze oko niż zarozumiali lekarze. Piszę o tym wszystkim z żalem, i ze strachem, że kiedyś znów tam wrócimy. A jak nie my, to tuziny innych dzieci. A przecież z niewielkim wysiłkiem organizacyjno-emocjonalnym mogłoby być dużo lepiej. Tylko nikomu się nie chce. I biedny, wymięty rodzic, po spaniu na zydelku i bez prysznica, staje co rano na baczność przed wypoczętym, pachnącym lekarzem, żeby bronić przed nim swoje biedne chore dziecko.
piątek, 16 września 2011
Gospodyni domowa w Turystyce Wyborczej
ale tekst napisałam chyba w kwietniu, nie teraz przy dwójce:-)
środa, 24 sierpnia 2011
Nie mam czasu na sen ani na inne drobne przyjemności
Moi Drodzy, to chyba mój pierwszy nowy wpis od czasu pojawienia się na świecie Żółwika. Jeszcze nie ochłonęłam, bo do wyjazdu na porodówkę miałam czas wypełniony bardzo szczelnie, a teraz to nastapiło zakrzywienie czasoprzestrzeni. Agatka jest z tych dzieci, które śpią w dzień po kwadransie (za to w nocy przyzwoicie, musze przyznać) i drą się w przerwach. Kuba tak nie robił, może był za słaby jako wcześniak, a może taka karma. A ja tymczasem chciałabym napisać książkę, na którą podpisałam już cyrograf i bardzo się cieszę, no i zająć się czasem starszym dzieckiem, które jest zazdrosne. Przerobiliśmy zestaw klasycznych objawów - z wściekaniem się, gdy karmię małą, próbowaniem mleka, wsiadaniem do jej wózeczka, budzeniem się w nocy, żeby sprawdzić, czy mama znów nie wycięła jakiegoś numeru i nie pojechała na porodówkę, no i cyrkami w stylu: - Ja chcę mamę, gdy wychodzi z kimś innym na spacer. Na szczęście mam nianię i przerzucamy sobie dzieci w chwilach kryzysu. Wczoraj spojrzałam chłodnym okiem na zapuszczone mieszkanie i załamałam się. Obiady dowozi czasem pogotowie kryzysowe w postaci babć czy barku za rogiem. Ale ogarniam się jakoś. Muszę. I są nawet przebłyski satysfakcji, gdy dostanę dziesięć punktów na dziesięć w tej grze o zdrowie psychiczne rodziny. I zwykła czułość, gdy wchodzę do sypialni i pachnie dzieckiem. Dziećmi.
piątek, 29 lipca 2011
Szkoda, że już wszystko wyżarliśmy...
Coś praktycznego Zaraz po narodzinach pierwszego dziecka byliśmy z mężem kompletnie skołowani – nawet gdy udało się nam wyjść do sklepu, kupowaliśmy rzeczy, które kompletnie do siebie nie pasowały i nie dało się z nich przygotować wartościowego posiłku. W efekcie w połogu jadłam zbyt dużo nabiału, bo to proste i łudząco zdrowe oraz piłam mnóstwo kartonowych soków. Niestety, nie udało nam się uniknąć alergii pokarmowej u niemowlaka, więc z dużym opóźnieniem przerobiłam lekcję prawidłowego odżywiania. Co zrobić teraz, kiedy finiszuję drugą ciążę i już wszystko wiem, ale na pewno nie będę miała więcej czasu? Przygotować co się da PRZED PORODEM. Mam parę pomysłów, którymi mogę się z Wami podzielić. Zawsze myślałam, że planowanie posiłków i zakupów to zajęcie dobre dla nudzącej się perfekcyjnej pani domu, ale dziś wiem, że to konieczność. Warto opracować sobie zestaw kilkunastu wartościowych oraz względnie szybkich dań i według nich przygotować zapasy. Jeśli już wiemy, że będziemy potrzebować koszernej (czytaj: niealergizującej) kuchni, zaopatrzmy się w brązowy ryż, kaszę gryczaną, jaglaną, kukurydzianą, a dla bardziej wyrobionych mąkę amarantusową czy kaszę quinoa (są bardzo wartościowe i nie zawierają glutenu). Wafle kukurydziane i ryżowe (zwane przez niektórych tekturowymi) są idealną przekąską, gdy nie wiadomo, co szkodzi dziecku. Jeśli nie możecie pić kawy bez mleka (ja tak miałam), a sojowe też uczula, polecam mleczko kokosowe – smakuje i wygląda w kawie idealnie. Jest też dostępne mleko ryżowe, ale jego smak nie ma zbyt wielu fanów. Mama i teściowa przygotowały dla mnie kilka pysznych dań, które zamroziłam na czarną godzinę (mrożenie nie jest pomysłem najbardziej eko, ale stawiamy teraz na rozwiązania wygodne w połogu): klopsy z indyka (nie uczula), gołąbki z kaszą gryczaną i ryżem, domowe pierogi, nawet kapuśniak, jeśli nie macie skłonności do kolek. Mrożone zupy to też lepsze rozwiązanie niż gorące kubki. W sklepach ekologicznych są do kupienia kostki bulionowe bez glutaminianu sodu, w kwadrans będzie gotowy wartościowy posiłek. Jeśli jesteście szczęściarzami z rodziną na wsi, zamówcie u nich jedzeniową wyprawkę: smażone jabłka i powidła śliwkowe, soki z malin i wiśni, domowe leczo i przecier pomidorowy, kiszone ogórki. Jeśli jadacie mięso, pół wiejskiej kury wystarczy na dwa wyborne rosołki. Może ktoś w okolicy hoduje króliki? Nie ma zdrowszego mięsa dla niemowląt (jego homeopatyczne ilości dodają do słoiczków producenci gotowych dań dla maluchów). Może Wasze dziecko nie będzie uczulone akurat na jajka – a jajka od szczęśliwej, spacerującej po podwórku kury mają zupełnie inny smak, zobaczycie. Macie jeszcze chwilę do porodu? Zamiast trzeci raz prać ubranka, ukiście barszcz czerwony – ma mnóstwo naturalnego żelaza, potrzebnego w połogu i podczas karmienia. Jest to tak proste, jak pokrojenie buraków i zalanie ich letnią wodą, a zakwas w lodówce trzyma się parę tygodni. Podobnie przecier z dyni – jest bardzo zdrowy i nie uczula, można go dodawać po łyżce do innych dań albo zrobić pyszną słoneczną zupę. Zarejestrujcie się w spożywczym sklepie internetowym – w każdym większym mieście są już delikatesy z przyzwoitym zaopatrzeniem, które przywiozą Wam zakupy, a klikanie w ikonki w wolnej chwili jest sto razy lepsze, niż pakowanie się z niemowlęciem do auta. Znalazłam też opcję fast-foodową: wypatrzyłam w okolicy barek, który gotuje smaczne obiady między innymi dla przedszkoli i dowozi jedzenie do domu, gdy już nie będę mieć na nic siły i pomysłu. Przyklejam menu na lodówce. Życzę Wam i sobie powodzenia. Poduszka z dziurką
Poduszka z dziurką Pierwszy, trudny rok po urodzeniu pierwszego dziecka tak przesłonił mi sam poród i połóg, że zwykłam powtarzać: - Poród to przy chowaniu tzw. dziecka z problemami to kaszka z mleczkiem. No bo czym jest dwanaście godzin pracy (nawiązuję tu do ładnego angielskiego słowa labour, określającego na akcję porodową) wobec dwunastu miesięcy nieprzespanych nocy, strachu o zdrowie dziecka, alergii, anemii, bolesnego ząbkowania, przepukliny i Bóg wie czego jeszcze? (Celowo nie piszę tutaj o miłości do dziecka, poczuciu dumy i świadomości, że za mną ostatni wielki krok w dorosłość – macierzyństwo). Z połogu dziś zostały mi mgliste wspomnienia: przerażenie wielką zmianą, łzy tuż pod gardłem, nauka karmienia, ważenie po każdym posiłku… i poduszka z dziurką. Poród miałam przedwczesny, więc nawet nie zdążyłam się zdenerwować. Na salę porodową poszłam, jak powiedziała pani doktor, „w sukieneczce, z torebeczką”, bo myślałam, że do szpitala jadę tylko na kontrolne ktg. Akcja postępowała dość szybko, miałam opłaconą położną, która się zajmowała tylko mną, w odpowiednim momencie dostałam znieczulenie zewnątrzoponowe – więc ból dotarł do mnie dopiero po fakcie, gdy przestały działać środki przeciwbólowe (bo nikt mi nie powiedział, że razem ze znieczuleniem dostaje się oksytocynę, która przyspiesza poród i wzmacnia skurcze). I na pożegnanie z porodówką mąż kupił mi w przyszpitalnym sklepiku styropianową poduszkę z dziurką, żebym mogła usiąść w domu na krześle i fotelu do karmienia. Po dwóch tygodniach wyrzuciłam ją ze wstrętem, nie mogłam na nią patrzeć, kojarzyła mi się z bólem i jakąś taką, bo ja wiem? dramatyczną inicjacją w macierzyństwo, w pełną kobiecość… Czy można było ten poród przeżyć jeszcze lepiej? Przecież wydawało mi się, że o wszystko zadbałam: położna miała mną pokierować, znieczulenie – osłonić przed nieznośnym bólem… A czy jeśli bierze się znieczulenie, można jeszcze mówić: urodziłam siłami natury? Teraz, gdy zbliżam się powoli do drugiego porodu, nie mogę nie udawać, że będę jechać do szpitala bez stresu i bez lęku. I choć wszyscy mówią, że każdy kolejny jest łatwiejszy, ta poduszka z dziurką jest dla mnie znakiem, że poród to jednak nie jest kaszka z mleczkiem, tylko graniczne doświadczenie – wydawania życia. W uszach dźwięczą mi też słowa doświadczonej lekarki, że położnictwo to niewdzięczna specjalizacja, bo wydaje się mało skomplikowana wobec kardiochirurgii czy onkologii, a na sali porodowej zdarza się tyle nieprzewidzianych, zagrażających życiu rzeczy, że trudno to sobie wyobrazić laikowi. Sam fakt, że od momentu rozpoczęcia porodu nie można sprawdzać na bieżąco wszystkich jego parametrów czy po prostu podpiąć dziecka do aparatury monitorującej i ratującej życie, daje do myślenia. Jak pępowina niebezpiecznie okręcona wokół szyi – nie zobaczysz tego na usg czy na ktg. Więc trzymajcie za mnie, za nas, kciuki. Odezwę się po porodzie.
czwartek, 14 lipca 2011
witamy Agatkę, zwaną także Żółwikiem
Witamy Agatkę, zwaną także Żółwikiem, nie dajemy zdjęcia, bo jak wiadomo, cudze noworodki nie są przesadnie ładne:-) na razie cieszymy się, że uciekliśmy ze szpitala, gdzie na oddziale połozniczym było 40 kobiet z dziećmi na 25 miejsc!
piątek, 03 czerwca 2011
Pierwsze Targi Książki dla dzieci w Krakowie
Targi Książki dla Dzieci w Krakowie Piątek, pierwszy dzień pierwszych Targów Książki dla Dzieci w Krakowie. Upał na zewnątrz, upał w hali na Centralnej. Miła pani na recepcji, którą proszę o plan stoisk, patrzy ze współczuciem na mój dziewięciomiesięczny brzuch i mówi, że w drugim pawilonie, za stanowiskami dla dzieci, jest świetne miejsce do odpoczynku, bo w chłodzie. Na szczęście nie ma jeszcze tłumów – strach pomyśleć, co będzie w gorącą sobotę i niedzielę. Wśród zwiedzających i robiących zakupy same mamy – z dzidziusiami w chustach, z dziećmi w wózkach i w ciąży. Na pierwszy rzut oka widać, że są miejsca do zabawy dla maluchów: w centralnym miejscu rozlokował się z krzesełkami, balonami, kredkami i czekoladkami portal Czas Dzieci. Największy ruch przy stoiskach Dwóch Sióstr, Zakamarków, EneDueRabe, Wytwórni – mamy (same mamy!), które dziś przychodzą, wiedzą, czego szukają: pytają o konkretne tytuły, czekają na kolejne tomiki z lubianych przez dzieci serii, np. Tsatsiki Zakamarków. Wszędzie ceny targowe, niższe o około 10 nawet do 20% (w Zakamarkach nawet szósta, najtańsza książka gratis). Co wypatrzyłam dla nas? Niektóre tytuły to nowości, do innych – wręcz przeciwnie – dopiero dorastamy. Ponieważ mój trzyletni syn spodziewa się w domu konkurencji, znalazłam dla niego dwie historyjki o Kubusiu, który idzie do przedszkola i któremu urodzi się siostrzyczka (Czarna Owieczka). Z tego samego powodu kupuję książkę Astrid Lindgren Ja też chcę mieć rodzeństwo oraz – dla maluszka – śliczne obrazkowe bajeczki o Olku i Eli. Dla dzieci przyjaciół znajduję Tsatsiki i Mamuśka – pierwszą część tekstowej opowieści o chłopcu, którego mama gra na basie w zespole rockowym, a tata jest poławiaczem ośmiornic. Dla dziewczynki będzie Nusia i bracia łosie – o tym, jak trudno mieć rodzeństwo (wszystko Zakamarki). Na stoisko Dwóch Sióstr wybieram się po Pawła i Gawła oraz Małpę w kąpieli ilustrowanych przez Katarzynę Bogucką (my mamy już całą kolekcję) – dla koleżanki, która poprosiła mnie o coś „atrakcyjnego w formie, a koszernego w treści”. Krążę i krążę, aż w końcu kupuję zaległy D.O.M.E.K. i D.E.S.I.G.N, ilustrowane przez małżeństwo Mizielińskich – dorośli też zasługują na odrobinę przyjemności. Na stoisku obok kusi jeszcze Korczak Joanny Olczak-Ronikier (W.A.B.) – to wielka książka, pisana od czasów nagrodzonego Nike W ogrodzie pamięci. Niestety, wyczerpałam limit finansowy imprezy, a w okolicy nie ma bankomatu. Może to i dobrze, będzie po co wrócić jesienią, na targi książki dla dużych i małych. Koleżanka z dwuletnią córeczką mówi, że atrakcji dla tak małych dzieci wystarcza na godzinkę – to chyba w sam raz. Bilans imprezy? Bardzo korzystny, głównie z powodów organizacyjno-finansowych: nie ma w Krakowie miejsca, gdzie można by się było zaopatrzyć w te wszystkie tytuły za jednym zamachem, w korzystnej cenie. Polecam i mam nadzieję, że to nie będzie jednorazowa impreza.
czwartek, 12 maja 2011
Z punktu widzenia brzucha
Motto: Pamiętnik ciąży? Faceci nie uwierzą. Alkoholizm, polityka, z osobistych rzeczy impotencja - to jest godny temat. Cierpienie, zmaganie się z sobą samym, jakieś rodzenie, ciąża? Niemęskie, niekulturalne. Baby powiedzą: "Wielka rzecz, brzuch sama nosiłam, nikt mi się tu mądrzyć nie będzie". Manuela Gretkowska, Polka Prapoczątki Wszystko zaczęło się – jak to u nas w rodzinie bywa – od drobnej różnicy zdań. Mama chciała, żebym urodził się w lecie, ale tata wyczytał gdzieś, że najlepiej mają dzieci, które przyszły na świat na początku roku – te kilka, kilkanaście miesięcy przewagi nad równolatkami widać potem w szkole i na boisku. Mama powiedziała, że nie chce wyścigu szczurów od poczęcia i krakowskim targiem stanęło na wiośnie. Jest lipiec i rodzice zdecydowali, że będą się o mnie starać na urlopie. Wcześniej mama zrobiła potrzebne badania, bo mamy już w domu kota, ale wszystko było dobrze i rodzice wyjechali nad morze w szampańskich nastrojach. Niestety, mama nie zaszła w ciążę ani w tym, ani w następnym miesiącu. Zaczęła więc mierzyć co rano temperaturę i rysować wykresy, a tata przypominał, że ludzie starają się o dziecko nawet rok i przecież staranie się jest bardzo przyjemne, prawda? Już, już mama zaczęła się denerwować i czytać w internecie fora o niepłodności, kiedy nagle zaczęła dokładnie sprawdzać kalendarz. Potem pobiegła do apteki po test ciążowy i rano obudziła tatę – Są dwie kreski, hurra! Na lodówce powiesiła wielką kartkę: - KWAS FOLIOWY!, bo ostatnio jadła go w kratkę, zniechęcona pierwszymi nieudanymi próbami poczęcia. Tata uspokajał ją, że większość kobiet nadal zachodzi w nieplanowane ciąże, a dzieci rodzą się zdrowe bez kwasu. Ale to był dopiero początek kłopotów. Zaraz na drugi dzień mamie zrobiło się niedobrze, jak otworzyła rano lodówkę, i pobiegła prosto do ubikacji. I tak przez dwa miesiące. Tata musiał jej robić rano kanapki, żeby dała radę wyjść z domu. Zdarzało się, że w drodze do pracy uciekała z tramwaju, bo ktoś wsiadł z mokrym psem albo był niedomyty. Nie mogła robić zakupów w sklepach, w których był dział mięsny: na widok mokrych szynek i białawych udek dostawała torsji i musiała szybko szukać łazienki. Mama ustawiła kalendarz ciąży jako stronę startową w swoim komputerze, ale szybko przeczytała wszystkie zawarte w nim informacje, aż do porodu. Postanowiła więc kupić jakąś fajną książkę o ciąży i posiadaniu dziecka… i wpadła jak śliwka w kompot. Takich książek jest chyba setka, jak wybrać najlepszą bez przejrzenia wszystkich? Mama postanowiła więc, że bliżej rozwiązania przyszykuje własną listę najciekawszych lektur, a tata pyta, czy zakładamy specjalistyczną bibliotekę? Nie ma dobrego określenia na stan skupienia, w jakim się znajduję: najpierw byłem zarodkiem, teraz jestem płodem. Nic dziwnego, że przyszłe mamy wymyślają własne nazwy: te wszystkie fasolki i kurczaczki, które doprowadzają do szału innych ludzi, niebędących w odmiennym stanie. Za to buduję już ochronę przed światem zewnętrznym i błędami mamy – łożysko, które wygląda jak galaretowaty dysk i na początku zajmuje w brzuchu więcej miejsca niż ja. Znika mi już błona między palcami i coraz bardziej przypominam ludzkie dziecko, a nie stwory z Labiryntu fauna, jak mówi mama. - Ciekawe – mówi – czy za chwilę zmieni mi się biochemia mózgu i będę używać tych wszystkich zdrobnień: bobas, dzidziuś, a nawet owulka i seksik? Na razie czyta blog zimno (zimno.blog.pl), który matka trójki dzieci chce pisać „na chłodno”, nie używając tego okropnego języka, który opanował portale i pisma dla przyszłych rodziców.
wtorek, 19 kwietnia 2011
O rany, szukam niani
O rany, szukam niani To jednak prawda, że w drugiej ciąży brzuch jest większy i sił jakby mniej. Starsza jestem? A może mój dzień nie kończy się, jak kiedyś, zaraz po przyjściu z pracy, tylko trwa do późnego wieczora? Ciężko się schylić, żeby zawiązać buty sobie, a co dopiero wierzgającemu dziecku (notatka na wiosnę: kupić mu sandały na rzepy, do samodzielnego ubierania). No i wkrótce pojawi się konkurencja. Tata w domu ledwie przed północą, babcie daleko, zresztą nie mają ochoty i sił do pomocy. Nasza dotychczasowa opiekunka, studentka psychologii, ma coraz mniej czasu, odwrotnie proporcjonalnie do mojego zapotrzebowania. Ale mój synek ją uwielbia, traktuje spotkania z nią jak święto i wtedy mogę sobie robić, co chcę. Faktem jest, że nigdy nie spędzała z nim dłużej niż trzech godzin pod rząd, nie karmiła go i nie usypiała – dostaje dziecko najedzone, wyspane i tylko do zabawy. To raczej babysitting niż etatowe zajęcie. Podjęłam więc decyzję: szukam niani na ten newralgiczny okres do i po porodzie, zanim starszy synek pójdzie do przedszkola. I tu dopiero zaczęły się schody. Zaczęłam oczywiście od portalu Niania.pl, tej mekki wszystkich mam i opiekunek. Zarejestrowałam się, zapłaciłam i zaczęłam przeglądać profile opiekunek, mając w głowie przykazanie przytomnych kobiet: nie szukaj niani idealnej, znajdź wystarczająco dobrą. Spędziłam dobrą godzinę planując i pisząc ogłoszenie. W ten sposób, myślę, oszczędzam czas wszystkich i oddaję szacunek poszukującym pracy. Tylko dlaczego innym osobom nie chce się robić tego samego? Pisanie maila do potencjalnej pracodawczyni to jak wysyłanie CV: proszę, błagam, przeczytajcie moje ogłoszenie uważnie i swoją odpowiedź na nie. Już nawet nie chodzi o literówki i brak sensu, tylko niedopasowanie w podstawowych kryteriach: dyspozycyjności, wynagrodzenia, wieku itp. Zajrzałam więc na forum dyskusyjne: ciekawe, że nianie polecają sobie tę samą książkę, którą lubię ja: Nianię w Nowym Jorku Nicoli Kraus i Emmy McLaughlin, choć nie mam zadatków na trophy wife. Ale czyta jakiś promil z nich, jeszcze gorzej niż w ogólnopolskich statystykach. Czy ja dużo wymagam, żeby mieć do bystrego trzylatka nianię piśmienną? Faktem jest, że wymagania mam czasem wykraczają poza granice zdrowego rozsądku: opiekunka do dziecka powinna również zaopiekować się domem, aż do poziomu mycia okien i gotowania obiadów. Opowieści po obydwu stronach mrożą krew w żyłach: wykształcona kierunkowo niania, która odchowała przez prawie trzy lata dwie dziewczynki, na koniec, gdy jej obowiązki przechodziły coraz bardziej w zajmowanie się domem, usłyszała od pracodawczyni, że jest „tylko sprzątaczką”. Pani ta została na szczęście ukarana – gdy rozstała się z tą „tylko sprzątaczką”, zaszła w trzecią ciążę i zaczęła poszukiwać innej niani. Od tej pory miała już ich cztery (a dziecko dopiero w drodze): jedna wypożyczyła sobie bez pytania na weekend jej sukienkę oraz biżuterię i w ogóle nie widziała problemu w tym, że właścicielka dostała piany. O takich miejskich legendach jak wynoszenie cukru czy podjadanie dziecku deserów nawet nie wspominam. Jeśli zgadzasz się, żeby ktoś obcy zajął to niezwykle ważne miejsce w życiu Twojego dziecka, w Twoim domu, porozmawiaj z tą osobą szczerze i szczegółowo, zaplanuj tydzień, a najlepiej miesiąc na wzajemne sprawdzanie się. Z nianią niekoniecznie trzeba się przyjaźnić, ale musicie się akceptować – jeśli coś Was w sobie nawzajem denerwuje na początku, po miesiącu doprowadzi Was do szału, a wtedy może nie być najlepszy moment na zmianę. Jedna z pań, którą zaprosiłam na rozmowę, zaklinała się, że nie pali, ale po jej wyjściu musiałam długo wietrzyć mieszkanie. Nic dziwnego, że mój synek nie mógł wytrzymać z nią dłużej niż godzinę. Ciężko oczekiwać, że się przyzwyczaimy. Ten felieton pisałam trzy tygodnie, bo inaczej nie miałby puenty. Kończę dziś, bo wiem, że znalazłam fajną nianię: młodą kobietę po licencjacie z pedagogiki, która wie, co dzieje się z dzieckiem w tym wieku, kiedy płacze ze złości, bo mu nie wychodzi rysunek. Mówi spokojnie (ćwiczy jogę!), ma świetne pomysły na zabawę bez zabawek: okropna przedwiosenna pogoda była dla nas znakomitym okresem próbnym. Jest aseptyczna, przezroczysta – w końcu nie mnie ma zabawiać rozmową. I wiecie co? Mam nadzieję, że i ona jest z nas zadowolona. |