Tagi
RSS
środa, 09 sierpnia 2017
Moi Mili

Moi Mili,

z zachwytem stwierdzam, że nadal ktoś jeszcze czyta te opowieści, ale jako matka trójki nie jestem już w stanie pisać tekstów ciągłych; nie mam czasu. Zapraszam więc na Instagrama po nowe obrazki i odpryski naszego życia w piątkę:

https://www.instagram.com/magdasanetra/

 

Do zobaczenia!

 

 

starszaki

21:06, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 stycznia 2014
Jezu, jakie to dobre. Świetlicki, stary
Za Tomaszem Fiałkowskim, na koniec dwutygodniowego weekendu

Marcin Świetlicki na Trzech Króli:

  Pora śmierci choinek

  Styczeń, pora śmierci choinek. Trupy rozebrane
  z łańcuchów i ozdóbek. Mnóstwo bohaterów
  porzuconych na śniegu. Zapomniana gwiazda
  pozostawiona, zaplątana między...
łysiejące gałązki. Bez blasku.
  Trzej królowie już w drodze powrotnej
  i nic ich nie prowadzi. Wracają do swoich
  rzezi. Dziś ostatni
  okruch ze świątecznego ciasta dostał się pod nogi
  i dzioby ptaków. To olbrzymie zwierzę,
które wchodzi w takich momentach rycząc: ZAMYKAMY!
  KONIEC! KONIEC! być może jest podłe
  i godne nienawiści, ale przecież kiedyś,
gdy będziemy zmęczeni zachodami – wschodami,
  lewą i prawą ręką, kocham cię – nie kocham,
  będziemy je przyzywać – i gdy wreszcie przyjdzie
– przyjmiemy je z wdzięcznością.

  [Zimne kraje, 1992]
22:56, sanetrama
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 grudnia 2013
O pięknie

Pomyślałam, że skoro byłam w ostatnie soboty na wszystkich krakowskich targach: Rzeczy Fajnych, Dizajnu i Kraków Łał z rzeczami dla dzieci, to napiszę Wam trochę o pięknych przedmiotach, takich robionych czyimiś rękami.

Z racji mojego statusu - osoby siedzącej głównie w domu z małymi dziećmi z dala od sklepów, robię zakupy i poszukiwania głównie w internecie, co ma wiele zalet i jedną wadę: że kupowany przedmiot widzę dopiero, gdy za niego zapłaciłam. Ale w sumie rzadko się mylę i odsyłam:-)

Dlatego oszalałam z radości mogąc dotykać te wszystkie ładne rzeczy, które ktoś zrobił/uszył. Takie targi to trochę targowisko próżności, bo sprzedają je najczęściej sami twórcy, więc oceniając, kupując lub nie ich prace, oceniamy niejako ich samych. Inna sprawa, że wybór miejsc przez organizatorów raczej nie zachęcał do zakupów. Piękne ubrania Boho, szyte z tkanin z odzysku

Zdjęcie: New arrivals! Zapraszamy na store.boho.lu.
Piękne zdjęcia zrobiła Paulina Pajka, 
Boho girl Alex <3

 prezentowane w dworcowej poczekalni (Targi Dizajnu), śmierdzącej tanią kuchnią i moczem raczej nie mogły zaprezentować się w pełnej krasie. Nigdzie nie było przymierzalni ani nawet luster. Najlepsze miejsce miał Kraków Łał - w dawnym parterze hotelu Forum, ale dojazd z dziećmi komunikacją miejską jest tam dość utrudniony.

Reasumując: warto byłoby dać tym rzeczom i twórcom odpowiednią oprawę, bo inaczej targi takie stają się miejscem spotkań, towarzyskich pogaduszek, ale nie służą do kupowania, a czy nie o to komuś chodzi?

Napiszę więc Wam, zupełnie bezinteresownie, o twórcach, który mi się spodobali albo dobrze skojarzyli, albo coś tam. Może coś sobie kiedyś wybierzecie:

Kura D., która szyje dowcipne zabawki i ładne ubrania (byłam u niej na warsztatach szycia, ale tam nie reklamowała i nie sprzedawała swoich rzeczy)

FAMILOVE z flagową koszulką Chcę psocić

Kocikowo, z pięknymi ozdobami okołoświątecznymi

https://www.facebook.com/pages/KOCIKOwo/391461927547333?fref=ts

Malandia.pl, jeśli ktoś lubi shabby, bardzo staranne i z gustem

Dziewczyny z Ninu Milu, które szyją z niezwykłą starannością lalko-torebki

Zapleciona makulatura https://www.facebook.com/zapleciona?fref=ts

 

 

Lola y Lolo, które szyją kolorowe pościele dla dzieci

źródło:www.lolaylolo.com

 I tak dalej, napiszę kiedyś o pozostałych, od których wzięłam wizytówki - dziś wszyscy mają ładne matierały graficzne, nawet gdy ich prace to na razie prototypy, jak stołki Gądek Architekci czy stoliki Monofor.

Mój gust na wiele lat ukształtował Etnodizajn Festiwal, który odbywał się w krakowskim Muzeum Etnograficznym. Wystawa prezentowała polskie i zagraniczne przedmioty inspirowane sztuką ludową, od Iittali po dywany Agnieszki Czop.

 
 
 
 

 Dla mnie coś takiego to idealny balans między nowoczesnością a folkiem, który lubię.

    Stolik OO design (Folkownia.pl)

Chyba zaypałam Was obrazkami, więc na dziś dosyć, a między świętami napiszę jeszcze o innych miejscach w sieci, gdzie lubię zaglądać. Wesołych i zdrowych Wam życzę

10:34, sanetrama
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 listopada 2013
Esej o pracy

Już od dłuższego czasu wzbiera we mnie temat pracy, stosunku do niej i korzyści niematerialnych z niej płynących. To pewnie dlatego, że nieustannie o niej rozmawiamy, że mój mąż znów będzie musiał ją zmienić, że mój brat w Warszawie zdobył niedawno pierwszą pracę w zawodzie, a mój tata, po wielu latach szefowania średniej firmie, pracę stracił i trudno mu się było pozbierać. Że nawet moja mama, gdy chciała mi dokuczyć, mówiła: - Bo ty nie pracujesz, to wszystko jest Mirka (jak się czułam po utracie pracy możecie oczywiście poczytać w poprzednich odcinkach http://notatkimlodejmatki.blox.pl/2009/09/Nie-lekcewaz-gospodyni-domowej.html, więc pewnie dlatego tak kurczowo trzymam się resztek możliwości zarobkowania w mojej obecnej sytuacji).

Praca cię wywyższa, brak pracy cię degraduje, powrót do pracy po podchowaniu dzieci jest obwieszczany z dumą, za to nie słyszałam kobiety, która by się chwaliła, że "siedzi na wychowawczym". W mojej ukochanej Skawinie przy hali targowej stoją mężczyźni do wynajęcia do każdej pracy i nie podnoszą wzroku na zwykłych kupujących i sprzedających, nie wchodzą w interakcje, bo brak im poczucia własnej wartości. Za to śmiałkowie (śmiałkinie), którzy sami rezygnują z etatowej pracy, mówią: "Jeszcze się pocę na tę myśl".

Fot. Mamy cafe, ul. Sławkowska 20, Kraków

Wczoraj byłam na warsztatach szycia z Kurą d. http://kura-d.blogspot.com/#h=693-1385383136043 i zapytałam ją, jak długo szyje. Pięć lat - odpowiedziała - a zawodowo, w sensie za pieniądze - to trzy. Nie szyje ani lepiej ani gorzej, tylko właśnie - za pieniądze. Sens naszej pracy nadają ci, którzy zechcą za nią zapłacić, czyli praca domowa pracą w sensie ścisłym - nie jest. Gdybym więc była ministrą od spraw rodziny, pracy, gospodarki oraz zdrowia psychicznego obywateli, wprowadziłabym dodatek za zajmowanie się domem. Niech to będzie chociaż 150 zł miesięcznie (choć co to za stawka), ale wypłacana wszystkim tym, którzy gotują obiady, wycierają podłogi i nosy, wożą do lekarza dzieci i osoby starsze, dbają o ogródki i cmentarze i tak zwane obejście. Zaręczam, że tak zarobione pieniądze smakowałyby jak żadne inne.

Tydzień temu szliśmy we czwórkę ulicą Paulińską w Krakowie, na której lawirowaliśmy między autami, kupami, krzywymi płytami chodnikowymi i pijakami, bojąc się otrzeć o fasady zagrzybionych i brudnych kamienic. "Ziemia niczyja" - powiedział mój mąż, bo to już nie rynek ani teren kościelny. Zwialiśmy szybko na nasze przedmieścia, gdzie każdy sprząta wokół siebie (choć czasem wywozi śmieci do lasu).

Dziś widzę wszystko wyjątkowo ostro, bo nie ma w Krakowie smogu ani innych rozpraszaczy uwagi, można niemal dostrzec białych mnichów w klasztorze kamedułów. A na Wszystkich Świętych w Tyńcu uśmiechnięte i chudziutkie benedyktynki ze Staniątek sprzedawały przetwory i chryzantemy, żeby zarobić na remont dachu klasztoru. I o nich też sobie myślę, kiedy myślę o pracy za pieniądze.

13:19, sanetrama
Link Komentarze (11) »
niedziela, 03 listopada 2013
Hołd Tadeuszowi Mazoweckiemu

W wywiadzie sprzed dziesięciu lat dla "Tygodnika Powszechnego" przytoczył  napisany z wnuczką Martą na kolanach "trochę dla żartu, a trochę na serio" taki  oto manifest:

        1. Karierowicze do zoo. Z łapówkarzami się nie  rozmawia.

        2. Wprowadza się roczny post telewizyjny. Telewizja  nadaje tylko dziennik i jeden dobry program.

        3. Każdy obywatel  przedstawia urzędowi skarbowemu streszczenie jednej książki, którą przeczytał w  roku podatkowym.

        4. Kandydaci do parlamentu przechodzą  obowiązkowe badania psychorozpoznawcze; nienawiść traktowana jest jako  choroba.

        5. Parlament obraduje według reguł konklawe.

        6. W urzędach państwowych i samorządowych wprowadza się specjalne wykrywacze  uczciwości i uprzejmości.

        7. Lekarze i personel medyczny pracują  tak jak w serialu "Na dobre i na złe".

        8. Wprowadza się obowiązek  zlikwidowania opóźnień w sądach do sylwestra 2003.

        9. Rodzice  zapewniają dzieciom, a dzieci rodzicom więcej czasu i uśmiechu. Uśmiech na  ulicy, w szkole lub urzędzie nagradzany jest specjalnym bonem  obywatelskim.

        10. Narzekanie na wszystko jest zakazane.

        Oto dekalog Mazowieckiego.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,14854397,Karierowicze_do_zoo__narzekanie_jest_zakazane____Dekalog.html#ixzz2ja8D9Tfa

12:42, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 października 2013
Brzęczenie miasta

Wiem, tak strasznie długo nie pisałam, ale w międzyczasie starałam się używać mózgu i zbierają mi się rożne ciekawe rzeczy. Głównie z lektur.

Miałam rozpisać się o wywiadzie Agnieszki Drotkiewicz z Dorotę Masłowską "Dusza światowa", który wydawał mi się niesłychanie świeży w momencie czytania, ale już po miesiącu odkrywcze myśli zbladły i musiałabym posiłkować się notatkami. Świetnie się to czyta, Dorota Masłowska ma tak super umeblowaną głowę i żyje sobie na uboczu mód i trendów, a jednocześnie nie umknie jej żadna zmiana w społeczeństwie i języku. A w ogóle dostałam tę książkę w konkursie Frustratki, więc było mi podwójnie miło.

Czytam stary wywiad z GW z prof. Leokadią Oręziak, bardzo dobry! I ona mówi tak: Na drzwiach pewnego szpitala wywieszono kartkę: "Wydatki na chemioterapię i radioterapię zostały zmniejszone o połowę". I ludzie płakali. Autentycznie przed tą kartką płakali. W takich miejscach człowiek wyzbywa się złudzeń typowych dla polskiej klasy średniej.

- Jakich złudzeń? - pyta dziennikarka.

- Że wszystko mogę sam. Wykupię sobie złoty pakiet w prywatnej przychodni, dzieci poślę do prywatnej szkoły, bo rejonowa jestokropna, nie wsiądę do publicznej komunikacji, tylko do własnego auta, i na emeryturę też odłożę sobie sam.

Więc ja sobie pomyślałam, że przy chorobach dzieci właśnie wyzbyłam się tych złudzeń klasy średniej, o ile nią bywamy czasem, daleko przed końcem miesiąca. Ja mam teraz bliżej do Skawiny niż do Krakowa, a w Skawinie są tylko tanie sklepy spożywcze i piekarnie, targ warzywny, szmateksy i dużo komisów. Właścicielka księgarni prowadzi w niej dodatkowo kantor, żeby zapłacić czynsz. Więc po tym zwykłym życiu w Berlinie, z jego problemami pierwszego świata, jestem jakby bliżej Polski B lub normalnej Polski, jak kto woli. I że czasem czuję się jak podglądacz, ale częściej jest mi tam dobrze.

W ogóle dorzucę małe pendant, jak mówią u mnie w okolicy, do sprawy mieszkania za miastem. NA TYM ETAPiE MOJEGO żYCIA MIESZKANIE ZA MIASTEM JEST DLA MNIE IDEALNE. Gdy mam dotrzeć do centrum, mam stany lękowe, ludzie idą naprzeciw mnie, straszy mnie mandat za przekroczenie czasu parkowania, śmierdzi spalinami, nawet pod Angel Wawel za sto milionów, który przecież postawią przy wiecznie zakorkowanej ulicy Dietla.

Brakuje mi męża, bo dom miał być dla nas razem, ale nie brakuje mi miasta w sensie ścisłym, moglibyśmy zostać smolarzami, jak mówi Łukasz i do miasta jeździć tylko na dożynki. Właśnie Masłowska mówiła o tym, że miasto wysysa z nas energię, co czujemy dopiero po wyjściu z niego, wytarciu się o liście - Wyjdź ze mną, zobaczysz, znudzimy się i pozbijamy po tygodniu - to Świetlicki, bard miasta, nie ja. A mówiłam nim dekadę temu, czyli to się zmienia.

 

Na koiec powiem Wam tylko, że byłam dziś na targach książki i mam łupy, dzieci mają łupy. Zapadłam znów w "Źle urodzone" Springera i nowość z Karakteru "Język rzeczy" - w jaki sposób przedmioty nas uwodzą?

o czym w następnym odcinku.

 

ps. Dzięki zdjęciu znalazła mnie dawna koleżanka - czyli jednak było warto je dać:-)

23:38, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 września 2013
Tęsknota

Gotuję z rozpędu dla czterech, a zjadamy ledwo za półtora. Dom zdecydowanie za duży na naszą trójkę, gdyż był planowany dla całej rodziny. Rozstania co niedzielę wcale nie są łatwiejsze przez to, że tyle razy ćwiczone. Czuję się jak żona Pirata z Karaibów, gdy mamy dla siebie tylko jeden wieczór raz na tydzień, raz na sto lat.

 

Czarnogóra, zatoka Kotorska

 

Dzieci tęsknią bardzo, bo choć wieczory w tygodniu są krótkie, to brak taty się dłuży. Tata narzeka, że Berlin bez nas za duży. Ludzie powiadają, że krótka rozłąka cementuje, a długa psuje. Czy nasza to długa czy krótka?

 

A poniżej wiersz, który dźwięczy mi w uszach przez cały tydzień; retro i okrągłe angielskie zdania, które wyjątkowo pasują w ten wrzesień, niepokojąco podobny do listopada.

11:03, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 września 2013
Moja miłość do Zadie Smith

No dobra, postanowiłam, że nie dam się jesieni - kupiłam bardzo duży zapas słodyczy, w tym torcik wedlowski, i postanowiłam poużywać trochę mózgu, bo ćwiczenia oraz czekolada wyzwalają endorfiny niezbędne do przetrwania (jesieni).

Bezpośredni zaś impuls do tego wszystkiego dała mi moja koleżanka tłumaczka, znakomita tłumaczka, która podarowała mi przełożony przez siebie tom esejów Zadie Smith (pod cudownym tytułem Jak zmieniałam zdanie). Wiem, że dla wielu z Was fraza "tom esejów" znaczy mniej więcej #unlikeunlikeunlike#, TLDR, ale Zadie to coś zupełnie innego. Pokochałam ją za pierwsze powieści, za erupcję talentu w Białych zębach, za odlecianego Łowcę autografów, ale w esejach wyrosła na intelektualistkę pierwszej wody, obdarzoną dodatkowo cudownym dowcipem, dystansem do siebie i kobiecym wyczuciem stylu.

 to stara okładka do O pięknie, autor W. Siemaszkiewicz

Jednym ze słynniejszych fragmentów tej książki jest esej pt. Sztuczki warsztatowe (był przedruk w GW): "

4. Magiczne myślenie w połowie powieści

Kiedy dochodzi się do połowy, zwycięża myślenie magiczne. Połowa powieści nie musi wypadać w geograficznym centrum. To którakolwiek strona, po której przestajesz myśleć o domu, rodzinie, partnerze, dzieciach, zakupach, nakarmieniu psa czy przeczytaniu poczty - kiedy nie istnieje nic oprócz twojej książki i nawet kiedy żona mówi ci, że sypia z twoim bratem, jej twarz staje się gigantycznym myślnikiem, ramiona nawiasami, a ty zastanawiasz się, czy gmerać brzmi lepiej niż przeszukiwać. Połowa powieści to stan umysłu. Dzieją się wtedy dziwne rzeczy. Czas kurczy się. (...) Wychodzisz na miasto i wszystko - naprawdę wszystko - wpływa swobodnie do twojej powieści. Ktoś mówi coś w autobusie, a to przecież wypisz wymaluj twoja powieść. (...). Jeśli masz takie szczęście, że wydawca czeka na Twoją książkę, dzwonisz w panice i próbujesz przyspieszyć termin wydania, bo to nie do uwierzenia, jak w tej właśnie chwili rzeczywistość współbrzmi z twoją powieścią, więc jeśli nie ukaże się w ten wtorek, chwila przeminie i będziesz musiała popełnić samobójstwo.

 

Ale mnie też bardzo podobał się esej o Baracku Obamie, który mówi wieloma językami i dlatego dotarł do tak wielu ludzi. Zadie uważa, że ona sama porzuciła mowę przedmieść na rzecz mowy uniwersyteckiej, a on zachował frazy wszystkich środowisk, w jakich dane mu było przebywać. Poczytajcie sobie o Katharine Hepburn i Grecie Garbo - aż szukałam jej zdjęć w Googlach,

a nawet o słabych filmach, jak Wyznania gejszy:

"W Japonii była cała akcja związana z pochodzeniem rasowym tych trzech gejsz (dwie Chinki i Malezyjka - przyp. mój), która wydawała mi się w dużej mierze kwestią nadwrażliwości, dopóki nie odkryłam, że noszę w sobie przeświadczenie, że jako Angielka potrafię przecież odróżnić z odległości czterdziestu kroków Irlandczyka od Walijczyka".

I tak na prawie czterystu stronach, rzadko opuszcza gardę. Czekam na jej nową powieść, a tymczasem nie mogę się napatrzeć

 

to nie jest supermodelka. to jest superpisarka. Panie i Panowie, Zadie Smith.

czwartek, 12 września 2013
Jest ciężko

Wakacje się skończyły. Od dwóch tygodni walczę sama z tak zwaną prozą życia i jest mi ciężko, bardzo ciężko. Dlatego tak długo nie pisałam, bo wieczorem chce mi się tylko spać albo płakać.

Zaraz po rozpoczęciu roku przedszkolnego zepsuło mi się auto (kolejny raz w ciągu miesiąca), a niania powiedziała, że będzie przychodzić rzadziej albo wcale. I jak się okazało, nie jestem w stanie dowieźć dziecka do przedszkola, bo wąska droga nie ma pobocza, auta nie zwalniają, a ja nie dam rady manewrować z wózkiem i pięciolatkiem przez pół godziny. Autobus jeździ prawie nigdy, do przystanku zresztą też mam kawałek. Gdy do tego doszły pierwsze przeziębienia, zrobiło się naprawdę smętnie. Okazuje się, że gdy samemu trzeba zaprowiantować, ugotować i posprzątać, zaprowadzić i odprowadzić, zająć się dziećmi od świtu do wieczora i przez noc, to robi się bardzo trudno i gorzko. Bo jak to jest, myślimy, chcieliśmy, żeby było lepiej, a jest jeszcze gorzej?

Syn miał pójść tu do przedszkola, żeby mu było łatwiej w szkole, żeby dorastał z dziećmi stąd, a nie był wożony przez pół miasta, bezpaństwowiec. Ale za to teraz trzeba się zintegrować, a przecież znów jest nowy w zgranej grupie, znów jest skądś indziej. Pani zna dzieci i ich rodziców, bo często wychowuje już trzecie z kolei - swoją drogą uroczo wygląda niegdyś wiejska tysiąclatka przebrana w szaty "szkoły XXI wieku". Kuba wraca do domu agresywny i rozkojarzony, a ja muszę wziąć na siebie ten atak, nie mam się nim z kim podzielić.

Więc wszystkim tęskniącym za "za miastem", jak Tylkospokojnie, dedykuję ten fragment, bo gdy wakacje się skończą, bywa zupełnie inaczej. I samotnie w pojedynkę. A przecież do zimy jeszcze kawał, jeszcze nie było listopada. I szkoda, że wszyscy wokół, rodzina zwłaszcza, interesują się nami tylko na telefon, ba, odnoszę wrażenie, że czekają, aż zrejteruję i ogłoszę: - Nie daję rady. Uciekam. Tylko dokąd?

 Chciałabym nie dać im tej satysfakcji, ale nie obiecuję.

To zdjęcie z dawnych czasów, kiedy było przez chwilę dobrze, naprawdę dobrze. Fot. Michał Okła

21:48, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 sierpnia 2013
Berlin. Saying goodbye

Pożegnałam się już z Berlinem, odwiedziliśmy na koniec wszystkie nasze ulubione miejsca - zoo w środku tygodnia było mniej zatłoczone, dzieci starsze, więc może bardziej zainteresowane, małpy niezawodne, a i oczekiwania jakby mniejsze - oraz jedno nowe, absolutnie zachwycające: Poczdam. Nie dajcie się tylko zmylić, Poczdam dzisiejszy to nie Łańcut, urocze miasteczko z pięknym parkiem i zamkiem, tylko duże miasto satelickie Berlina, wielkości Rzeszowa pewnie, ładnie odbudowane i świetnie skomunikowane w sobie i ze stolicą.

A park Sanssouci i wszystkie pałace, oranżeria, zaułki, świątynia i świątynie dumania to coś absolutnie wspaniałego! Jest w tym założeniu pałacowo-parkowym cała kruchość osiemnastowiecznego świata, który wydawał się tak oświecony i pewny siebie. Sama rezydencja Sanssouci jest lekko odrapana, dawno nieodnawiana, tylko park pięknie utrzymany, niemiecka miłość do zieleni znajduje tu swój najpełniejszy wyraz. Potykam się o własny język, ale było w tej wycieczce, choć hałaśliwej, bo z dziećmi, coś nieskończenie nostalgicznego. I wyszło mi, że mam jak cesarz Fryderyk Wielki - Berlin jak Berlin, ale Poczdam - dałabym się tu pochować.



 

http://www.potsdam-park-sanssouci.de/park-sanssouci.html

A z samego Berlina uciekłam chętnie i bez żalu i cały czas zadaję sobie pytanie: dlaczego? Nie ma klarownej odpowiedzi i wiem, że część z Was ma mnie za rozkapryszoną lalę przy boku dzielnego męża. Może dlatego, że tu jest mój dom. Tu będę czekać, aż moja rodzina będzie znów razem. Może dlatego, że moim domem jest też język, a tam byłam bez języka - bo nawet jeśli zrozumiałam, to nie mogłam odpowiedzieć, a odpowiadanie po angielsku było wyprawą przez Rzym na Krym i, och, w sumie to nie miało sensu. Mówienie nie sprawiało frajdy, dzień był obliczony na dożycie go do przyjścia Mirka, a potem do snu.

Tutaj mogę pielić grządki i podlewać kwiatki, i rozpakowywać pudła po przeprowadzkach. Trafiłam gdzieś na takie pełne wspomnień, które powinnam całe wynieść do kontenera z odzieżą, a nie wyrzuciłam niczego: ciuchy z czasów, kiedy strojenie się było frajdą i metodą komunikacji ze światem:

czarna spódnica do flamenco, w której tańczyłam na warsztatach w Poznaniu

Arrinconamela, echame a rincon, si es casada, la quiero, si es soltera - mejor! (Pardon, nie mogę włączyć akcentów)

koronkowe mitenki, których nigdy nie założyłam, ale cenię je jako rekwizyt

sukienka NAF NAF, którą dostałam od taty na studniówkę, nadal rozwalająca

jasna futrzana mufka, która wygląda jak z Królowej Śniegu, a którą kupiłam w szmateksie

i dlatego siadłam do komputera, bo dzieci śpią, a ja już nigdy, przenigdy nie będę miała dwudziestu sześciu lat i poczucia, że jestem, bywam królową balu, więc piszę do Was w przededniu jesieni, że jestem już definitywnie dorosła, by nie rzec - stara.

Może kiedyś pokażę te wszystkie rzeczy Agatce, może coś sobie wybierze.

 Ja, emerytka

PS. Diane Arbus chyba jednak w Berlinie nie było, w Martin Gropius Bau była za to Meret Oppenheim.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23