RSS
czwartek, 17 maja 2012
Rozpłynąć się w lekturze

16:37, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 maja 2012
Latający antykwariusze

Latający antykwariusze

Myślicie, że to dziennikarze albo redaktorzy kulturalni znają się najlepiej na literaturze? Ależ skąd! Prawdziwymi specami od niej są młodzi antykwariusze, bez lokalu na Starym Mieście, za to handlujący książkami na Allegro. Możesz znaleźć na słupach ich ogłoszenia, że chętnie przejrzą, odkupią i wywiozą każdy księgozbiór. Jeśli wydawca chciałby się dowiedzieć, na czym na pewno można zarobić, powinien poszperać na Allegro w poszukiwaniu tytułów z najwyższymi licytacjami albo pogadać z takim antykwariuszem, choć oni nie lubią sprzedawać swojej wiedzy, bo wznowienie rzadkiej książki odbiera im możliwość zarobku.

Kiedyś skorzystałam z ich pomocy przed kolejną przeprowadzką, gdy zaczęłam ginąć pod tonami tomów (książki są bardzo ciężkie, gorsze są tylko fortepiany). Świetnie wykształcony facet w moim wieku zabrał się fachowo za przegląd tytułów, które zostawiłam do odstrzału, zerkając jednocześnie z dużo większym zainteresowaniem na te, z którymi nie chciałam się rozstać. Wybuchnęliśmy śmiechem. Zaczął opowiadać mi o najbardziej poszukiwanych książkach: Lurkerze, Calvinie, Audenie, które dla niewtajemniczonych brzmią jak imiona demonów. Popkultura strywializowała straszliwie te wszystkie historie o tajnych bibliotekach pełnych zaginionych arcydzieł, ale on wierzy, że któregoś dnia trafi na przedwojenny księgozbiór z prawdziwym skarbem, który przyniesie mu pieniądze i sławę. Póki co, porusza się po swoim wynajętym mieszkaniu między książkami w trzech rzędach, jak Maria Janion bez mała, i całkiem nieźle sobie radzi, tropiąc, a potem sprzedając poszukiwane przez specjalistów i kolekcjonerów tytuły.

Przez książkę znalazł też ukochaną. To najpiękniejsza historia miłosna w tej powieści: ona, doktorantka, znalazła u niego książkę, niezbędną do napisania pracy, do której w bibliotece ustawiła się kolejka na półtora roku. On miał zażądać sporej stawki, bo znał jej wartość i niedostępność, ale stopniał podczas rozmowy. Ona dała się zaprosić na kawę i nie chodziło bynajmniej o negocjacje na temat ceny. Książka zmieniła właściciela bezgotówkowo, a właściwie została w rodzinie. Teraz ona kończy doktorat i szuka odpowiedniego magazynu na zbiory, żeby mogli razem zamieszkać.

16:34, sanetrama
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 maja 2012
Wszystkie redakcje to sekty

Wszystkie redakcje to sekty

Za sektą zawsze będziesz tęsknił. Sekta ma swoje dowcipy i swój język, a nade wszystko pracują w niej ludzie, którzy kiedyś czymś cię uwiedli: wiedzą, poczuciem humoru, miłością do literatury, intuicją wydawniczą… Ale uwaga, w sekcie bardzo łatwo nakręcić się na coś i przeciw komuś.

W sekcie można psioczyć na firmę we własnym gronie, ale na zewnątrz trzeba zewrzeć szyki: po cichu można skarżyć się na książkę, że najsłabsza w całej twórczości, ale do mediów należy zapowiadać renesans popularności autora; do wewnątrz wstydzić się niektórych zagrywek szefów, ale bronić ich w rozmowach z laikami – taka schizofrenia.

Zwalnianie pracownika w mojej sekcie nigdy nie odbywało się z otwartą przyłbicą, do czego w końcu szefowie mają prawo. Zawsze jest to sąd kapturowy, organizowany chętnie, gdy ofiara jest nieobecna – na dłuższym urlopie, chorobowym, macierzyńskim… Ponieważ w sekcie każda zaleta łatwo może okazać się wadą, i na odwrót – podane powody zwolnienia mogą cię nieźle zaskoczyć.

Jeśli więc odchodzi ktoś z zespołu, żegnamy go wylewnie i zapewniamy o dalszej przyjaźni i współpracy: książkach do tłumaczenia i ciekawych tekstach do korekty. Jednak wkrótce jego nazwisko znika rozmyślnie z rozmów, a telefon z notatnika. Jego dawni autorzy okazują się nierokujący, więc rozwiązuje się z nimi umowy, a tłumacze, z którymi współpracował – kiepscy i nieterminowi. Jego szafka jest opróżniana bez jego wiedzy, a dotychczasowi koledzy stają się nagle najzacieklejszymi wrogami – dowcipy ma kiepskie, pióro słabe, a wiedzę marną… Słowem - deratyzacja. Czasem tylko trafia się niekonsekwencja w tej staranności – dawny współpracownik ma miesiącami dostęp do firmowych maili i planów wydawniczych, bo ktoś zapomniał wypiąć go z bazy.

Wychodzenie emocjonalne z sekty, jak wiadomo, jest bolesne i długotrwałe, więc wielu pomaga psychoterapia albo inne rytuały. Moja przyjaciółka mówi: - W ludziach zaniknęło myślenie magiczne i nie mogą sobie sami poradzić z różnymi traumami – i wrzuca do gwałtownej, marcowej rzeki marzannę, symbol rozstania z poprzednim życiem: jeden wiecheć za każdy przepracowany rok…

Sekta może stworzyć złudzenie, że wszyscy ludzie na świecie myślą tak samo i biada ci, jeśli jej uwierzysz. Już piętro niżej pracuje inna sekta – dział promocji, który uważa się za jedynego tłumacza języka redakcji na język społeczeństwa, język popkultury.

W porozumieniu między tymi działami tkwi nieusuwalna sprzeczność. Z jednej strony powinny ze sobą łeb w łeb współpracować, z drugiej – oryginał musi iść przed przekładem, nie ma rady. Tłumacz złości się więc, gdy w oryginale jest za dużo trudnych słów:

- Niezrozumiała notka na tył onieśmiela czytelnika, musimy ją uprościć.

- Zbyt długi tytuł utrudnia zapamiętanie, co za tym idzie, zakupienie książki, bo czytelnik nie wie, o co prosić, a pan w Empiku mu nie pomoże, bo się nie orientuje.

Stąd już tylko kroczek do złośliwości w stylu:

- Proust zatytułował książkę W poszukiwaniu straconego czasu, i co? Dają radę pamiętać do dziś…

Dział promocji mówi, że nie jest zewnętrzną agencją wynajętą do reklamowania książek i że chce mieć wpływ na to, co potem wciska dziennikarzom. Racja. Redakcja z kolei uważa, że sama wypromowałaby lepiej książkę, którą dobrze zna, bo trudno jest przecież polecić coś, czego się nie czytało. Poza tym nie po to tyle się męczyliśmy, żeby ktoś nam spieprzył efekt końcowy. Cóż z tego, że znajdziesz ciekawą rzecz i nawet doprowadzisz do jej wydania, skoro książka przepadnie z cichym pluskiem, bo nikt nie wysłał nawet egzemplarzy recenzyjnych do kulturalnych dziennikarzy?

Każdej ze stron zdarzają się spektakularne wpadki. Kiedyś biuro prasowe organizowało koncert promujący książkę z takim zapałem, że zapomniało zawczasu poprosić o zgodę na jej sprzedaż podczas imprezy.

– Mamy dla Was dwie wiadomości, dobrą i złą. Zaczniemy od złej, bo dobra bez niej nie ma sensu – powiedział szybciutko szef biura promocyjnego. – Nie dostaliśmy zgody na wystawienie stoiska z naszymi tytułami, ale… okoliczne księgarnie będą znakomicie zaopatrzone.

- Cudownie – mruknął kolega z redakcji – to tak, jakby sprzedawać koszulki zespołu na dzień po koncercie.

(...)

 Pamiętaj, że od dowolnego człowieka na świecie dzieli Cię zaledwie sześć osób. W tej branży często wystarczy jedna: redaktor naczelna zna na pewno papieża i prezydenta, a stamtąd to już z górki. Jeśli potrzebujesz numeru telefonu lub maila do dowolnej osoby na ziemi, skup się: ktoś, kogo nazwisko masz w notatniku, na pewno może Ci pomóc. Pierwszym testem dla praktykantów w promocji jest znalezienie konkretnej informacji: jeśli sobie poradzą, mogą liczyć na pracę tutaj.

Kiedyś byłam dla wszystkich nowych osób bardzo miła, do tego stopnia, że zostałam etatową przewodniczką świeżo przybyłych i zagubionych. Z czasem jednak popsuł mi się charakter, według starorzymskiej zasady : I’ll be nicer when you’re smarter.

15:50, sanetrama
Link Komentarze (1) »
środa, 02 maja 2012
zanim zdiagnozujesz depresję

Redaktorki

16:52, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 kwietnia 2012
Można drukować, nic tam nie ma

- Małgosiu, zróbmy powieść epistolarną z naszych maili: coś pomiędzy Diabeł ubiera się u Prady a Czytaniem wzbronionym Dubravki Ugresić. Ludzi, którzy czytają książki, powinna zaciekawić taka wydawnicza kuchnia. – dzwonię do niej w sobotniej manii. – Bohaterki też są młode i lubią buty, ale książce będzie chyba bliżej do Zwału niż do chicklitów.

- Zwariowałaś? – jak zwykle ostudziła mój zapał. – Po czymś takim ja stracę pracę, a Ty to już w ogóle będziesz musiała emigrować. Zresztą ekranizacji nie zrobią, bo to niszowy temat. Jeszcze kolorowe gazety to owszem, ale zakurzone redakcje książkowe? Pełne moli i rozsypanych czcionek z czasów PRL-u?

- Ale śmieszne. A u Ciebie nadal robią fotoedycję przez przyklejanie klejem kolaży. To co, już zawsze będziemy tak siedzieć i jęczeć do środka?

 - Może założymy coś własnego? – zapytał kolega spiskowiec, gdy umówiliśmy się odreagować po pracy na piwie.

– Ech, nie mam siły. Pamiętasz, jak poszło Zielonej Musze? Zbankrutowali, zanim odzyskali pieniądze z rynku za pierwszą książkę, a bieżącą działalność firmy kredytowała matka założycielki. Żyli od przelewu do przelewu i w końcu wrócili na etaty.

Jeśli jesteś małym wydawcą, nikt się z tobą nie liczy; nie płaci za wzięty towar, nawet jeśli go sprzeda, bo w pierwszej kolejności są duzi wydawcy, których przedstawiciele handlowi pukają do drzwi i nie dadzą następnego bestsellera, jeśli nie odda się im kasy za poprzednie. Stąd kariera branżowych pośredników: biorą nawet połowę ceny okładkowej, ale nie musisz martwić się tym, czy znajdziesz swoją książkę w księgarniach i pieniądze za nią – najprędzej po kwartale – na koncie…

- Ale tym od Marleya się udało. – przypomniał on. – Kupili prawa do książki o psie za tysiąc dolarów, a sprzedali jej sto tysięcy. Nawet jeśli dzielili się z pośrednikiem na pół, to i tak to niezły pieniądz.

- Chciałbyś wydawać książki o psach? – zapytałam go z powątpiewaniem.

- To jest akurat całkiem zgrabna opowieść o rodzinie przy psie. Robiłem już przy gorszych rzeczach – uśmiechnął się pod wąsem.

- Racja. Ale ja jestem zbyt leniwa na prowadzenie całej firmy. Ja chcę czytać książki i znajdywać te najlepsze, albo nawet te najpoczytniejsze. To jest moje powołanie.

 - Maksymalistka! – zaśmiał się serdecznie.

Jeszcze się lubimy.

W drodze do domu przypomniałam sobie nieśmiertelny tekst Osieckiej: Długich kaców poniewierka, talent mały jak iskierka… - i zastanawiam się, czy ja mam jakiś talent albo chociaż dziesięć talentów?

 Przepis na katastrofę 

- Małgosiu, piszę oględnie, bo z pracowego kompa, ale nie uwierzysz, co się stało: Ścieżki wycofały się z negocjacji! Więc zostałam na lodzie, z deklaracją, że nie chcę robić tego, co dotąd, ale bez perspektyw na coś innego… Boże, niech coś się wydarzy, bo zaraz dostanę stąd wilczy bilet!

W domu dokończyłam myśl:

- Z perspektywy czasu widzę, że straciłam panowanie nad językiem, przekonana, że niedługo stąd bezpiecznie odejdę: pozwoliłam sobie na parę stwierdzeń, które nie przeszły niezauważone, na przykład ta o mentalności Kalego: - Jeśli ktoś nam podbierze autora, odsądzamy go od czci i wiary, a jeśli mu kogoś podkupimy, uważamy to za „znakomite posunięcie biznesowe” dla dobra autora i świetlanej przyszłości czytelników, oczywiście.

- Jeszcze do niedawna obowiązywała nas honorowa umowa, że nie podkupujemy autorów, których znaleźli i wypromowali porządni, mali wydawcy, którzy naprawdę pracują z pisarzami. Ale teraz to się zmieniło, nikogo nie oszczędzamy. Niestety, po branży poszła fama, że autor kupiony przez nas za duże pieniądze umiera albo przestaje pisać dobre książki, więc musimy proponować coraz większe zaliczki.

Zapomniałam też o złotej zasadzie, że szef ma zawsze rację i czuwa, choć wydaje się mało błyskotliwy: w mojej postawie dostrzegł rysę, wyłamuję się z szeregu wiernych, kwestionuję decyzje przełożonych. Uwaga: sygnał wypalenia zawodowego. Czas zmienić mnie na nowszy model. Być może nawet przyszła mi do głowy zmiana barw klubowych, skoro zaczęłam żałować konkurencji!

Kiedyś myślałam, ze redaktor to brzmi dumnie, ale to nieprawda. Redaktor dziś to wyrobnik, suwnicowy, na samym dole wydawniczej drabiny społecznej, poniżej handlowców, kierowników, menadżerów. Niedawno za horrendalne pieniądze zrobiono nam szkolenie z twórczego rozwiązywania problemów (co za bełkot!) oraz testy psychologiczne. I co? Według teorii biurowej już zawsze będę osłem. Są też pływaki, które zrobią karierę nawet w gęstym bagienku i gwiazdy socjometryczne, których blasku nie przyćmiewa żadna konkretna praca.

- W firmach takich jak ta, gdzie są okrojone możliwości awansu i brakuje narzędzi motywacyjnych, należy wymieniać co roku 20% zespołu – dotarł do nas fragment raportu firmy konsultingowej. Za ich radą podzielono redakcję na mniejsze komórki, a kierownikom kładą do głowy formułki w rodzaju: - O wartości twojego zespołu decyduje jego najsłabsze ogniwo. Kto nim jest? Kto odpadnie w tym sezonie?

Właśnie dołączył do naszego zespołu nowy szef od zarządzania projektami. Projekt to oczywiście więcej niż książka, to prawie jak… produkt. Zamiast o książkach, mówimy więc o projektach i produktach. Nowy szef nosi tylko dobrze skrojone garnitury i już tym wyróżnia się spośród naszej braci. Na dodatek nie studiował filologii i używa innego języka niż my: o dobrych pomysłach medialnych mówi, że mają lansfaktor plus 100, w weekend łapie balans i chwali się tym, że niedawno się szczęśliwie rozwiódł. Wcześniej pracował w branży RTV
i jest w tym coś ujmującego, że nie rozróżnia książek od telewizorów. Dla niego każda rozmowa jest rozmową handlową, a przyjaźni się tylko z tymi, od których może się czegoś nauczyć.

Szef ten uparł się chyba, że zrobi sobie ze mnie asystentkę. Jak mu wytłumaczyć, że mnie nie kusi noszenie kawy i budżetów na zebrania, w zamian za okruszki wiedzy z pańskiego stołu? On to nazywa pełnieniem obowiązków zastępcy, a ja zwykłą mizoginią, bo niepostrzeżenie wchodzimy w role, których starałam się w tej pracy za wszelką cenę uniknąć: ona robi porządki i notatki, on podejmuje strategiczne decyzje.

Wolę pozostać redaktorką i wyszukiwać ciekawe książki, czytać recenzje, nawet robić kalkulacje.

Errata

Muszę Wam coś wyznać: jestem z natury gapowata i chaotyczna. Nadludzkim wysiłkiem utrzymuję się na powierzchni w tej pracy, gdzie trzeba pamiętać o milionie detali często przez rok, od pierwszego pomysłu do druku. Ile razy budziłam się w nocy zlana potem, bo przypomniałam sobie o jakiejś ważnej rzeczy dosłownie w ostatniej chwili. Wiele razy mi się udało, a czasem nie.

Gdy skład był ręczny, gapowatych redaktorów punktowała errata, ta karta hańby. Dziś, w dobie pedeefów i ozalidów, czyli odbitek tuż przed drukiem, nie ma dla nas wytłumaczenia, oprócz może ograniczoności ludzkiej pamięci. Raz niemal zatrzymałam maszyny w drukarni, bo przypomniałam sobie o sponsorze. Już widziałam siebie wklejającą tę informację ręcznie do każdego egzemplarza wydrukowanej książki, jak Kopciuszek, koszty naklejek potrącone z mojej pensji.

- Można drukować, nic tam nie ma – oryginalny tekst peerelowskiego cenzora idealnie pasuje do większości wydawniczej konfekcji, którą znajdziecie księgarniach. Uwierzcie mi: przeczytałam setki takich książek, z których dziś w głowie zostaje mi miazmat bez właściwości. Gdyby nie recenzje – ślady na papierze, nie pamiętałabym nawet ich tytułów. Do nich pasuje stwierdzenie, że czytanie to strata czasu. Już kiedy byłam dzieckiem, czytałam książki. Gdy byłam nastolatką, rodzice czasem stosowali najdotkliwszą karę: nieczytanie. Więc ślęczałam po nocach przy mdłym świetle z toalety, udając, że sikam nieskończoną ilość razy, aż zdradziły mnie podkrążone oczy i książka wystająca spod poduszki.

Raz na sto lektur trafia się rzecz warta uwagi. Gdybym miała stworzyć moją listę książek zbójeckich, byłyby to głównie rzeczy z czasów, gdy czytałam mnóstwo i bez wyboru, do świtu, do utraty tchu – nie jak dziś, za pieniądze: Mistrz i Małgorzata Bułhakowa, który zasiał we mnie ziarno rozpaczy, Gra w klasy Cortazara, z której uczyłam się miłości, Jesień patriarchy Marqueza, która rozpychała ramy języka. Z klasyki Lalka, jedyna polska powieść na światowym poziomie do czasów Gombrowicza i Schulza: W szaradzie ułożonej żartem pogodnych wróżb nie widać wiele / Rzeckiemu śni się Bonaparte, Wokulski kocha Izabelę.

Mało oryginalnie, ale nie o to chodzi: Schulza: - Czy pod stołem, który nas dzieli, nie trzymamy się wszyscy tajnie za ręce? Trzytomowa saga Krystyna córka Lawransa Sigrid Undset i niepokojący Lodowy pałac Tarjei Vesaasa, po które siegnęłam jako licealistka, tropiąc z przyjaciółką literaturę norweską za przyczyną: uwaga! Sagi o ludziach lodu.
Z nowszych rzeczy Kyś Tatiany Tołstoj, który nauczył mnie rozumieć groteskę (to rosyjska autorka jednej znakomitej powieści, jak u nas Paweł Huelle i Stefan Chwin). Żar węgierskiego arystokraty Sandora Maraiego, który dowodzi, że jednak można umrzeć z miłości. Kilka reportaży i ze dwie biografie, ale to chyba zasługa czasów, nie pióra.

Które z wydawanych dziś książek przetrwają dekadę? Które zasłużą na wznowienie? Gdybym mogła, zamiast labiryntu wybrałabym do zwiedzenia tajne korytarze Biblioteki Jagiellońskiej, gdzie trafiają po dwa egzemplarze wszystkich wydanych w kraju książek – jeden do czytania na teraz, a drugi – dla potomności. Przeszłabym się alejami z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, z gwiazdami tamtych lat: Żukrowskim, namaszczonym przez „Twórczość”, Courths-Mahlerową, przodkinią dzisiejszych Harlequinów czy takimi komunistycznymi klasykami jak np. Jak hartowała się stal...

Pięć książek Wayne’a Rooneya

Czy ze wszystkiego da się zrobić książkę? Z serialu, pogodynki, sportowca? Kilka lat temu porządny brytyjski wydawca zasłynął kilkumilionową zaliczką wydaną na… pięć książek Wayne’a Rooneya (dla niewtajemniczonych – to niepiśmienna gwiazda brytyjskiego futbolu). Myśleli tak: skoro jest popularny i ma wielu fanów, może napisać cokolwiek, i tak się sprzeda. Niestety, okazało się, że kibice rzadko czytają, a zwłaszcza, gdy ktoś nie ma niczego do powiedzenia. Tak samo niektóre seriale mają publiczność nieczytającą: to zbiory wzajemnie rozłączne.

Ostatnio na imprezie u zaprzyjaźnionego nauczyciela znajoma, która pracuje w firmie spedycyjnej, oskarżyła nas o doorselekcję:

- Dzielicie świat na tych, którzy czytają i nie czytają. Jak jakaś sekta! Nikt nie wartościuje ludzi według tego, czy uprawiają sport lub seks, piją piwo czy wino, chodzą do kina czy oglądają kino domowe.

Zaczęliśmy się bronić, ale coś w tym jest. Może reprezentujemy jakiś skarłowaciały gatunek, który trzyma w domu książki zamiast storczyków? A czytanie stanie się niedługo rzadkim hobby, jak polo na słoniach?

Najpierw zrobiło nam się głupio, ale zwarliśmy szeregi, gdy usłyszeliśmy zarzut, że używamy „literackiej polszczyzny”: przymiotniki i przysłówki takie jak „malowniczo” i „groteskowy”. Wystąpiłam z uwagą, że podobno jeszcze słownik Goethego składał się z ponad 6 tys. słów (używanych czynnie, nie biernie). Przeciętny literat dziś używa maksymalnie 2000 jednostek, jednostek zwykły zjadacz chleba – ledwo pięćset. Ale może racja: gdzie w tym świecie miejsce dla nas? Wayne Rooney zaczął podobno wywiad rzekę zdaniem: I like beans.

Kiedyś na Allegro użyłam określenia: - Co za ekwilibrystyka!, do dziewczyny, która chciała, żebym sfotografowała jej sprzedawane buty założone na nogę, ale z boku, na stojąco. Spróbujcie tak zrobić! A ona się obraziła, że ją obrażam! Chyba chodziło jej o słowo „ekstrawagancja”, ale do dziś nie jestem pewna.

Pamiętam przedwojenne dowcipy o nieznających łaciny, którym tłumaczono, że pro publico bono znaczy „dla lepszej klienteli”. Teraz wydaje się, że lepsza klientela to ci, którzy nie tracili cennego czasu na naukę zamorskich języków i obyczajów.

Na ścianie płaczu w redakcji, obok rzadkich miłych pocztówek od autorów wisi nam fragment z jednej hiszpańskiej powieści, gdzie bohater mówi: - Napisz to wszystko, a potem jakieś głodomory powstawiają tutaj przecinki.

PS.

Wyłącz poprawki w wordzie, jeśli redagujesz jakiś tekst. Windows ma na pewno mniejszy zasób słownictwa niż ty i twój autor. Gdyby Karpow był językoznawcą i pisał dyktando stworzone przez ten komputer, na pewno wygrałby bez trudu.

Twój Tomasz z Akwenu oraz poeci Skafandra

 

19:29, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Będąc młodą redaktorką

Kreatywna księgowość wydawnicza

Jak dokładnie wygląda kreatywna księgowość wydawnicza? Co roku mamy mieć dwudziestoprocentowy wzrost, bo firma, która się nie rozwija, to firma, która się zwija. Jak osiągnąć taki wynik? Zazwyczaj mamy w planie dość książek niskonakładowych i średnich, ale brakuje potencjalnych hitów, najlepiej z gwarancją sprzedaży w stylu Dana Browna. Co więc robią redaktorzy? Wymyślają książki, których jedyną znaną zmienną jest duży nakład. Za pół roku coś się wymyśli, może wskoczy niespodziewany bestseller? Ale ta strategia ma krótkie nogi. Mam budżet pełen nienapisanych, nieistniejących książek, z którego będziemy rozliczani za pół roku, jak gdyby nigdy nic.

Nasz redakcyjny kapo, dyrektor techniczny, co tydzień robi redaktorom czyszczenie kiszek, czyli sprawdzanie postępu prac. Co czwartek stajesz przed komisją niczym młody poborowy i czerwieniąc się, tłumaczysz, dlaczego spóźniasz się z tekstem kolejny tydzień. Argument, że nie oddał go autor, do nikogo nie trafia: zawsze możesz przecież wyszarpać rękopis, zagrozić samobójstwem, wysłać Czeczenów do pisarza, odebrać zaliczkę, ewentualnie napisać brakujące fragmenty sama.

Jeśli coś się znajdzie w planie, to koniec. Takie są konsekwencje kreatywnej księgowości. 

* * *

Co robi redaktor?

- A pani, kim jest? – zapytała słabym głosem wyróżniona autorka.

- Jestem tutaj redaktorką – wyszeptałam nieśmiało.

- To znaczy, że co? Nosi pani książki do drukarni?

- Tak, z grubsza tak – westchnęłam zrezygnowana.

Wzburzony autor, z którego zrezygnowaliśmy, rzucił na odchodnym: - Banda gówniarzy, którym poprzewracało się w głowach od nadmiaru lektur i władzy…

To prawda, jesteśmy trenowani do tej roboty jak młodociani żołnierze-zabójcy. Ambitni studenci z nierokujących filologii. Przeczytać jak najwięcej dobrej i sprzedażnej literatury. Nie przegapić niczego podobnego. Wyszarpać pazurami od autora, jeśli nie chce napisać na czas. Poprawić, przynieść w zębach do działu opracowania językowego. Wydać, zarobić. Następne. Trzeba zmielić? Ach, na dywanik.

A redaktorem jest się dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czytam wszystko, jak leci, automatycznie omiatam wzrokiem ogłoszenia w darmowej gazecie i sprawdzam, co trzyma w ręce zaczytana studentka. W księgarni patrzę po co ludziom same wyciągają się ręce, w bibliotece sprawdzam, na jaką literę brakuje książek. Mój tata żartuje: - Przyniosę ci książkę telefoniczną, może tam coś wypatrzysz?

Kotka na blaszanym gorącym dachu

Nasza redakcja mieści się na poddaszu zabytkowego budynku. Szefowie i marketing mają swoje chłodne, przestronne komnaty na niższych piętrach, a my gnieździmy się pod miedzianą, rozgrzaną patelnią. Lato jest nie do wytrzymania, bo klima schładza pomieszczenie z 38 do 35 stopni.

Na drzwiach prezesa wisi kartka, oryginalny wyimek z carskiego ukazu: „Przed obliczem przełożonego urzędnik winien mieć wygląd lichy i durnowaty, żeby swoim zachowaniem nie peszyć przełożonego” i wszystko się zgadza: kiedy idziemy na dywanik, jesteśmy spoceni i czerwoni na wejściu, co nie ułatwia nam dyskusji.

Bo zwykłe książki są jak meteory…

- Standardowo nowość żyje na rynku do trzech miesięcy. Jeszcze dwa lata temu było to nawet pół roku, ale dziś smok popkultury przeżuwa i wypluwa szybciej. Babskie gazety redaguje się z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, dlatego jeśli zagapicie się i zapowiedzi do kolorowych miesięczników pójdą za późno, to ukażą się akurat wtedy, gdy książka będzie przeżywać swój zmierzch, księgarze ściągną ją z półek i nic już jej nie pomoże… - słuchałam jednym uchem wstępu do wykładu naszego dyrektora finansowego o minimalizacji ryzyka finansowego.

 - Każde wydawnictwo marzy więc o backliście, czyli tytułach, które sprzedają się zawsze, co roku, jak lektury szkolne czy klasyka. To poduszka finansowa dla dużej firmy, która pomaga zneutralizować skutki ewentualnych nietrafionych decyzji redakcji. Musimy ustalić, że każdy dział, w ramach rocznego budżetu, może pozwolić sobie na maksymalnie dwa tytuły, których koszt produkcji jest wyższy niż pięćdziesiąt tysięcy złotych, a sprzedaż i zysk – niepewne, bo to na przykład debiut albo penetrowanie nowych obszarów rynku…

- Antyprzykładem niech będzie książka kucharska, wydana przez nas w ubiegłym roku – natychmiast poprawiłam się na krześle, gotowa bronić moich racji do ostatniej kropli krwi. Koszt zaliczek dla autorów, zdjęć i łamania, nie mówiąc o kosztach druku (powyżej 10 złotych za egzemplarz), sprawił, że książka ledwo wyszła na zero, i to dlatego, że końcówkę nakładu sprzedaliśmy hurtem na prezenty dla korporacji.

- Skoro nic na tym nie zarobiliśmy, po co było to wydawać? Dla zabawy redaktora? Czy nie dało się więc tego zrobić taniej? – nabieram powietrza w płuca, ale to tylko chwyt retoryczny, nikt nie dopuszcza mnie do głosu. Zresztą jaki jest sens tłumaczyć, że książka była piękna
i świetnie zrecenzowana, autorzy zadowoleni, czytelnicy mam nadzieję, też. Odtąd będziemy robić książki tanie, proste i dla każdego, czyli dla nikogo.

Po południu, w ciszy pokoju redakcyjnego, przewracam jeszcze raz kartki książki kulinarnej wydanej przez brytyjskiego Phaidona. To tysiąc dwieście stron najlepszych włoskich przepisów, wydrukowanych na cienkim, biblijnym papierze najwyższej jakości, który mało prześwituje. Musielibyśmy zamówić jej minimum dziesięć tysięcy, bo koedycja jest robiona w Chinach, a tam miliard w środę, miliard w sobotę, nie zawracają sobie głowy mniejszymi nakładami. Jeśli się nie sprzeda, zawali nam połowę magazynu. Myślałam, że na następne zebranie przygotuję jej kalkulację, ale w świetle obecnych ustaleń, mogę ją schować na smutną półkę tytułów, które chciałabym, ale nie mogę…

Pamiętam, jak kupiłam Srebrną łyżkę na potargowej wyprzedaży Phaidona w Londynie i dźwigałam ją w bagażu podręcznym, bo nie mieściła się już do walizki, razem z pięknym albumem The Nature of Photography, który uczył patrzenia na zdjęcia i szlifował oko. Książka to też przedmiot pożądania, nie tylko produkt, jak pasta do zębów. Można zachwycić czytelnika okładką, która odróżnia ją od masy innych zalegających w księgarni. Lekko szorstki, niebielony chemicznie papier do prozy, czy biały, gładki, ale bez połysku do albumów, jego gramatura czyli gęstość… Twarda oprawa, a na niej reprodukcja nieznanego obrazu, albo remake znanego dzieła, który dzwoni Ci w głowie i sprawia, że zastanawiasz się, jakim przeżyciem byłaby lektura tej książki. Czy dorówna okładce?

Mistrz, władca papieru i płótna, półskórka i obwoluty

Materiałoznawstwo – to powinien być przedmiot na studiach edytorskich. Kiedy przyszłam do pracy, zdążyłam jeszcze zetknąć się z moim mistrzem, redaktorem technicznym starej daty, który tęsknił za książkami, którym wybierano oprawę, a nie drukowano z taśmy: broszura, tani biały papier, wydać, sprzedać, zmielić…

Jeśli tylko mieliśmy chwilę, zapraszał nas do swojego kącika z albumami od najlepszych papierni, tłumaczył różnice w gramaturze i grubości papieru. Ba, pomagał czasem oszukać czytelnika, kiedy tekstu było mało, a chcieliśmy wziąć za książkę dobrą cenę – wybierał papier, który pogrubiał tom jak karton, dając jednak wrażenie obcowania z materiałem szlachetnym. Zachęcał nas do stosowania obwoluty, jako najelegantszej formy oprawy, ale miał nosa do nieudanych eksperymentów: kiedy chcieliśmy zrobić obwolutę MNIEJSZĄ niż format książki, bo wydawało się nam to rozwiązaniem oryginalnym i niepospolitym, pokręcił tylko głową z powątpiewaniem, ale załatwił sprawę ze zdziwionym drukarzem.

Książka taka nikomu się nie podobała: ani autorowi, ani czytelnikom, ani nawet grafikowi, który wpadł na ten pomysł i redaktorom, którzy go poparli. A nasz mistrz powiedział wówczas, że są pomysły testowane przez stulecia i czasem nie ma sensu ich poprawiać.

Pozycjonowanie produktu

Nie będę roztrząsać już dylematu starego jak literatura wagonowa: czy książka dobra to książka poczytna i sprzedażna, czy ambitna i wymagająca od czytelnika zaangażowania umysłowego? Czasem potrzebuję jednej, czasem drugiej. Robiąc w literaturze na co dzień, nie zawsze mam siłę walczyć z oporem trudnej materii, wolę wieczorem odpłynąć przy Colette, która jednakże umie pisać! To jest kryterium.

- Po co pani czyta te wszystkie recenzje?

– Słucham? – wydawało mi się, że się przesłyszałam, ale nie: to prezes, jak zwykle, bez przywitania, stanął nad moim biurkiem i rzucił coś zjadliwego.

- Skoro ostatnio kupiliśmy w ciemno dwie powieści popularne i jedna była dobra, a druga nie i trzeba było utopić zaliczkę, to może zastosować tę statystykę i kupować co drugą?

– Jego logika była trudna do podważenia, ale spróbowałam:

- A jeśli nam się trafią same te gorsze?

– To pani w tym głowa, żeby było na odwrót, za to pani płacimy…

Po czym wyszedł, nie czekając na odpowiedź, bo w rzeczy samej nie o wymianę zdań tu chodziło, ale o zdenerwowanie pracownika. Wróciłam do czytania recenzji, ale machinalnie zaczęłam obgryzać paznokcie. Potem wstydzę się pokazać ręce, bo opuszki palców mam różowe, odsłonięte i bezbronne, zresztą pisał o tym ładnie Mikołaj Łoziński.

- Moi szefowie mają mnie za osobę mało rozgarniętą, i pewnie słusznie. Najlepsze riposty przychodzą mi do głowy po 24 godzinach albo w mailach do Ciebie – napisałam wieczorem do Gosi.

Wiecznie początkujący literat

- Dlaczego dział marketingu jest tu ważniejszy niż redakcja, a jego ludzie lepiej opłacani? – zadała rejtanowskie pytanie redaktor naczelna. - Bo dobrzy handlowcy mogą przejść do innej firmy, a filologów w tym mieście jest jak psów, zawsze znajdą się chętni do pracy przy książkach za nieduże pieniądze. I szybko się uczą. – odpowiedział rezolutnie pan prezes.

Trzeba jednak było przysiąść do matematyki – westchnęłam, gdy usłyszałam ten komentarz. Wiele razy chciałam unieść się honorem i złożyć wypowiedzenie, ale mam na świeżo rozmowę z kolegą doktorantem, który nie dostał stypendium, więc dorabia w pizzerii i czeka jak na zbawienie na dwieście złotych, które dostanie z „Twórczości” za recenzję. - Na Facebooku chciałem dołączyć do grupy Czekam na przelew, ale zorientowałem się, że dawno już w niej jestem…

Trzeba będzie kiedyś spłacić długi karciane i wziąć kredyt na jakąś jamę w betonie, a tutaj przynajmniej mam umowę i regularne wypłaty. A jeszcze czasem trafi się przebłysk satysfakcji, jeśli uda ci się wyminąć wszystkie rafy i doprowadzić do wydania fajnej książki.

A to był jeden z udanych dni, w dodatku pierwszy kwietnia: po sympatycznym weekendzie w końcu wydusiłam tekst ze spóźnialskiego autora, wyhaczyłam innego i namówiłam go na spotkanie w Warszawie, a na koniec okazało się, że premie kwartalne będą całkiem przyzwoite. W brylantowym humorze wyszłam z firmy i spacerując nad brzegiem Wisły, postanowiłam zrobić tacie primaaprilisowy dowcip. Przybrałam ton poważny oraz lekko zakłopotany i zadzwoniłam do niego w porze, w której rozmawiamy tylko o ważnych sprawach.

– Co tam u Ciebie? – pyta tata machinalnie znad biurka.

– Ach, chyba jestem w ciąży – wypaliłam. Strzał był celny; martwa cisza po drugiej stronie słuchawki. Nie zapominajcie, że moi rodzice są po rozwodzie, a tata był moim formalnym opiekunem i to on czuł się odpowiedzialny za złe wychowanie córki.

– Mam nadzieję - wykrztusił po chwili – że nie jesteś z tym… problemem sama?

– No, nie wiem, to się okaże. Musiałam zmyślać na bieżąco.

– Córciu, muszę ochłonąć, zadzwoń wieczorem, to pogadamy i coś pomyślimy, dobrze?

Czas się wycofać.

- Dziś jest prima aprilis! – zawołałam radośnie, ale ojcu wcale nie było do śmiechu. Obraził się na mnie śmiertelnie na dobry tydzień. Nie przyjmował przeprosin, nie odpisywał na esemesy, aż w końcu powiedział:

- Zrozumiesz, jak kiepski to był dowcip, jak kiedyś sama będziesz miała dziecko. Nie wiem do dziś, czy można to nazwać udanym kawałem, bo w sumie dał się spektakularnie nabrać.

Do końca życia zostanę młodą redaktorką

Podczas kolejnego z naszych okrągłych, hucznie świętowanych jubileuszy dałam się namówić na występ w skeczu Będąc młodą redaktorką (kiepska podróbka niezapomnianej młodej lekarki Ewy Szamańskiej). Wychyliłam jeden kieliszek wiśniówki dla kurażu, a potem, na zaimprowizowanej scenie, doznałam objawienia: - Już na zawsze pozostanę tutaj młodą redaktorką, bo ci ludzie widzieli, jak wszystkiego się przy nich uczyłam i nie dadzą mi o tym zapomnieć. Stałam potem wściekła w rudej peruce z warkoczami i czerwonej szmizjerce z epoki linotypu, paliłam trzeciego papierosa i myślałam, że właśnie podpisałam cyrograf.

Wrogie przejęcie

Prezes chlubi się w mediach, że średnia wieku w redakcji nie przekracza 30 lat, wszyscy są młodzi, prężni i bez peerelowskich zaszłości, ale ma to jeszcze jeden głębszy sens: nikt nie przedkłada rodziny nad pracę, nie bierze zwolnień, nie chorują mu dzieci ani nawet rodzice. W naszym dziale jest tylko jedna matka dwójki dzieci, do których ma dwie nianie oraz panią do sprzątania, co stawia pod znakiem zapytania finansowy sens całego przedsięwzięcia, ale w końcu kładą nam do głowy, że kobieta powinna się realizować zawodowo za wszelką cenę, więc proszę.

Autor przyleciał z Poznania na spotkanie swoją cessną, ale za kawę kazał mi zapłacić: - Wrzuci to Pani na rachunek firmy, prawda? – upewnił się uprzejmie. Bogaci ludzie rzadko płacą sami, przypomniałam sobie slogan nuworyszy.

A mówiłam Wam, że autorzy dzielą się z grubsza na bufonów, żigolaków i nudziarzy? Czasem, raz na sto, zdarza się pisarz nie z tej ziemi: kulturalny, elegancki, słucha twoich rad, choć możesz być nawet o połowę od niego młodsza. Przywiązujesz się potem do takiego autora jak pies do pana, bronisz go zajadle przed cięciami kosztów i głupimi pomysłami promocyjnymi.

Gdy kiedyś prosiłam pana prezesa, żeby podpisał zaliczkę dla autora poza kolejnością, bo wyjeżdżał za granicę i pieniądze były mu niezbędne, ten powiedział: - A co będzie, jeśli autor się nie wywiąże z umowy? Już wiem! Będę ściągał tę zaliczkę z pani pensji, zostawię tylko tyle, żeby pani mogła dla nas pracować o chlebie i wodzie…

Już, już miałam na końcu języka, że pensję i tak mam głodową, ale pomyślałam, ze to nie jest dobry moment na negocjacje. Schyliłam pokornie głowę, poczekałam na podpis i pognałam do księgowości.

Mój związek na odległość nie wytrzymał konkurencji z pracą. Byłam neofitką, czytałam, redagowałam, uczęszczałam na wszystkie spotkania autorskie i firmowe promocje, nie miałam czasu na miłość.

- Tylko Plejada i Plejada, nie widzisz świata poza nią, nie umiesz już o niczym innym rozmawiać – wyrzucał mi mój chłopak. - Przez telefon najpierw opowiadasz mi przez pół godziny, co w robocie, a pod koniec rozmowy kurtuazyjnie pytasz, co u mnie i kiedy wpadnę.

Scena zazdrości o pracę. Hm. Co ja mam o tym myśleć? Żeby chociaż o szefa albo kolegę zza biurka! Z drugiej strony ma trochę racji. Na ostatnim urlopie szukałam na bezdrożach kafejki internetowej i sprawdzałam pocztę oraz pracowego eftepa, żeby zobaczyć, czy są już na nim zdjęcia do albumu, który ma się ukazać jesienią. A on w tym czasie pilnował bagaży i zły palił papierosa za papierosem. Ale przecież i on złapał bakcyla wydawniczego: czyta wszystkie recenzje w prasie i dyskutuje z ich autorami, bo czasem sam wie lepiej, podkochuje się w pisarkach zamiast w aktorkach, zbiera autografy.

Moje życie towarzyskie właściwie obumarło. Zapisałam się więc na francuski, ale po ośmiu godzinach intensywnej pracy intelektualnej nie jestem w stanie skupić się na zajęciach, ziewam i odpływam i ciężko mi dogonić bystre studentki, które mają po dwie godziny ćwiczeń dziennie. To prawda, że języków trzeba się nauczyć najdalej do studiów.

Z tego wszystkiego zapomniałam napisać pracę magisterską. Wyrozumiała pani profesor okrawywała mi temat i objętość, aż powiedziała, że tu, tu jest cienka czerwona linia, której nie przekroczy, podpisując mój dyplom swoim nazwiskiem. Po obronie, w ostatnim możliwym terminie, życzyła mi serdecznie spełnienia zawodowych marzeń i kazała zejść sobie z oczu.

Za wcześnie na druk - o ambicjach literackich redaktorów

Ktoś, kto robi w literaturze, ocenia książki, pisze recenzje i wybiera tytuły do wydania u nas, zazwyczaj potrafi zgrabnie formułować myśli na piśmie. Skoro przepisujesz na polski tekst znanego autora, dlaczego nie mógłbyś sam spróbować? Co jednak odróżnia powieściopisarza od copywritera, który wyżywa się na fejsbuku? To, że potrafi te wszystkie zgrabne i śmieszne zdania nanizać na jakąś fabułę…

Pamiętaj jednak, żeby nie proponować niczego we własnym ogródku. Zadziobią cię. Przecież każdy potrafiłby lepiej od ciebie, no nie? A jeśli wyślesz gdzie indziej i książka, nie daj Boże, odniesie sukces? Wyleją cię z roboty. Najlepiej spróbować u siebie, ale pod pseudonimem. Wtedy, po pozytywnych recenzjach ciężko będzie im się wycofać, a po negatywnych – jesteś kryty i możesz zanieść do tego wydawcy, z którym najbardziej chciałbyś współpracować.

Pracownicy tej firmy nie kupują książek, które sami produkują, tak jak dobrzy piekarze nie jedzą chleba, którego recepturę znają… Oni czytają niskonakładowe reportaże, których u nas nie opłacałoby się wydać, bo nie zarobiłyby na promocję w Empiku, rachunki za telefon, papier do ksera… i nasze pensje.

Najdzielniejszy z redaktorów zdobył się kiedyś na odwagę i poszedł do prezesa z prośbą o podwyżkę, argumentując, że pracownicy firmy notowanej na giełdzie nie mogą zarabiać grubo poniżej średniej krajowej. Nie pomogło. Więc tuż przed Bożym Narodzeniem tłum z pochmurnymi minami zażądał Wesołych Świąt; wspólnie (bo całej redakcji nie wyrzucą) powiesiliśmy ten kultowy rysunek Raczkowskiego na drzwiach zarządu – i dostaliśmy w końcu obiecane podwyżki. No proszę: jak chcą, to mają poczucie humoru.

 

08:56, sanetrama
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
Redaktorki. Repryza

Postanowiłam przenieść się z najliczniejszej chyba grupy matek-blogerek-o-dzieciach do nie mniej popularnej kategorii " blogi... ekhm... lliterackie".

Część czytelników gospodyni domowej zna już ten tekst, który zniknął potem z bloga w niewyjaśnionych okolicznościach. Tym, którzy chcieli mnie zań podać do sądu, przypominam, że to jednak fikcja literacka. Ciąg dalszy nastąpi.

 Redaktorki. Powieść branżowa

- Słuchaj, Małgosiu, znajdź mi jakąś robotę w Warszawie, bo tu zaraz zwariuję. – Napisałam na fejsie do przyjaciółki. - Zawsze chciałam zostać wydawcą polskiej edycji „Vogue'a”, ale na początek wystarczy mi posada stylistki w „Cosmopolitanie” albo chociaż „Rewia”. Przynajmniej nikt nie będzie kładł mi do głowy, że spełniam jakąś misję za marne pieniądze.

- Coś Ty – odpisała mi ona. – Tutaj dopiero dostałabyś szału. Co roku wymyślamy to samo, jesienią – co robić ze skórą zmęczoną latem, a w marcu – jak odzyskać blask po zimie. Mamy nastawiać ucha na nowe trendy, a tymczasem cokolwiek napiszemy, dotrze do czytelników za trzy miesiące, a w międzyczasie wiadomość obleci trzy razy dzienniki, Facebooka i wszystkie branżowe blogi. Z prognozowaniem hitów sezonu jest jak z bramkarzem podczas karnych: raz rzucisz się w dobrą stronę i trafisz na piłkę, a kiedy indziej wychodzisz na palanta, zupełnie nie z własnej winy…

Dzisiaj rano Darek zadzwonił, że spóźni się na pewno na zebranie budżetowe, więc żebym go zastąpiła i wymyśliła jakąś wymówkę. Na mailu miałam świeżo zrobiony w excelu plik, którego nigdy wcześniej nie widziałam na oczy, więc go wydrukowałam i popędziłam na piętro. Wszyscy święci już siedzieli, a ja nerwowo rozkładałam papiery i próbowałam się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi.

- Pani Nina nawet nie wie, w którą rubrykę patrzeć – rzucił kpiąco pan prezes, a ja zaczerwieniłam się po same uszy. – Kobiety jednak nie nadają się do liczenia budżetów – dokończył myśl, a obecni faceci usłużnie zarechotali. – Nikt mi nie pokazał, jak się to robi, a jednak żąda się ode mnie wzorowych kalkulacji – próbowałam się bronić, ale łatka pozostała. Może nie umiem liczyć, ale znam się na książkach, pomyślałam, ale to była słaba pociecha.

- To jest mobbing – powiedział autorytarnie mój tata. – Wiem, bo sam przez podobne hasła o mało nie straciłem stanowiska. Ale to pani sekretarka zrezygnowała. Ty też możesz odejść, jak ci się nie podoba, wiesz? 

Szłam potem nad Wisłą i zupełnie niechcący oczy napełniły mi się wodą, więc wyjęłam szybko papierosa. Idę sobie kupić te czerwone buty z Hispanitas na poprawę humoru, za tę emocjonalną poniewierkę. Zakupy poprawiają mi humor na chwilę, ale ileż można włóczyć się po galeriach wśród smukłych nastolatek gotowych się sprzedać za charmsy?

Jesienny wysyp czubów

Każdy redaktor terminuje najpierw przy poczcie literackiej, co uczy go szacunku do tekstów, które dają jakąkolwiek nadzieję. 99,9% rzeczy, które przychodzą z ulicy, nie nadaje się jednak do niczego. Ale zawsze może być ten jeden diament w popiele.

 - Czy jakaś Doris wyśle kiedyś do nas swoją książkę – zastanawiałam się głośno, wpisując do bazy propozycji wydawniczych kolejnego gniota.

– Pewnie nie. Najlepszą rzeczą, jaką złowiliśmy przez to sito było Słodkie życie. Najczęściej dostajemy słabe wiersze albo literackie kosmogonie, a ich autorom trudno jest wytłumaczyć, że to rzecz, która ma się nijak do tego, co ukazuje się dziś na rynku. Najwięcej tekstów przychodzi po zimie i po wakacjach, bo ludzie wykorzystują urlop na porządkowanie szuflady. Po pół roku trzeba wyrzucać piętrzące się stosy makulatury, a zawsze raz na kwartał trafia się ktoś, kto szuka swojego jedynego rękopisu, mimo ostrzeżeń, że „wydawca nie przechowuje i nie zwraca materiałów niezamówionych”.

Listy odmowne opatrywano niegdyś elegancką formułą: Za wcześnie na druk. Dziś jest to z reguły wykręt w stylu: mamy plany wydawnicze na najbliższe lata, zbyt ambitna, nie wydajemy poezji (oprócz Mickiewicza i Miłosza oczywiście).

Kupić, wydać i zmielić

Twarda oprawa źle się mieli. Trzeba zapłacić oddzielnie za ręczne oskórowanie książki i dopiero potem wrzucić do młyna papierniczego goły grzbiet, więc do zniszczenia nakładu trzeba jeszcze dopłacić. Markowi wydawcy nie oddają książek do tak zwanych tanich jatek, czyli tanich księgarni, bo to psuje rynek. Po co kupować za pełną cenę, jak wiadomo, że książka za pół roku będzie do kupienia za bezcen, myśli czytelnik. Dlatego porządne, czytaj: nowocześnie zarządzane firmy wolą zmielić, niż sprzedać taniej.

Pamiętam, że jako studentka znałam cały asortyment tanich jatek w mieście. Do niektórych książek modliłam się miesiącami, bo nie było mnie na nie stać, nawet za pół ceny. Taki Auerbach w twardej oprawie – i tak był drogi. Albo Dzieje Cyganów Frasera: codziennie sprawdzałam, czy są jeszcze wszystkie trzy egzemplarze w księgarni. Jak zostały dwa, kupiłam za ostatni grosz, bo bałam się, że zniknie i już go nigdy nie znajdę.

Praca w wydawnictwie pozbawiła mnie nabożnego stosunku do książek. Gdy codziennie widzisz te sterty niepotrzebnej nikomu literatury, gdy wściekasz się przy powstawaniu innej, to często nie masz ochoty patrzeć na stoliki w Empiku i półki w Matrasie, które uginają się pod ciężarem pracy innych pisarzy, redaktorów i grafików.

Niech żyje Imelda Marcos

Od kilku lat wszyscy redaktorzy powtarzają, ze nie ma sensu jeździć na międzynarodowe targi, odkąd są maile i telekonferencje – ale wszyscy jeżdżą i dbają o to, żeby dobrze się zaprezentować. Targi to wydawnicze targowisko próżności, na którym biedniejsi nie chcą wyglądać gorzej od bogatych, choć nie palą tych samych papierosów. I nie jadają w tych samych restauracjach. I nie kupują butów na Oxford Street, uprawiają tam co najwyżej window shopping.

Pierwszym stopniem wtajemniczenia są targi frankfurckie. Człowiek, który trafia tam pierwszy raz, staje oszołomiony: kompleks hal, po którym łatwiej przemieszczać się busem: w jednej – literatura francuska i włoska, w innej tylko wydawcy amerykańscy, piętro dla agentów, jedna hala dla całej Europy Wschodniej plus inni egzotyczni wystawcy. Jedną halę zajmują kalendarze i notesy, te wszystkie moleskiny i paperblanki, przepustki do świata pisarzy, jak myślą ich posiadacze. Ale warto obejrzeć i tę papierniczą konfekcję, produkowaną głównie w Chinach – pokazuje ona, jak wielkie są dziś możliwości przemysłu papierniczego i dlaczego tak łatwo przebrać jakiś ersatz za książkę. My, dzieci PRL-u nadal pochylamy się z zachwytem nad bajeczkami, które mają w sobie miękkie materiały i szeleszczącą folię, nad okładkami notesów, które wyglądają jak diademy wschodnich księżniczek.

Ale do rzeczy, czyli do książek. Na targach frankfurckich wydawcy, którzy wykupili własne stoisko, eksponują swoje powody do dumy: najsłynniejszych pisarzy, najlepsze okładki, efekty najdroższych kontraktów; to jak przyjęcie dla wtajemniczonych – po półkach poznajesz, z kim chciałbyś się umówić na następnych targach, kogo wizytówkę warto porwać.

Pamiętajcie jednak, że książki wydane nie są już wcale interesujące. Najprawdopodobniej prawa do tych najciekawszych zostały już dawno sprzedane i teraz biedzi się nad nimi jakiś tłumacz. Najnowsze zdobycze są do upolowania przy stolikach agencyjnych, często jeszcze… nienapisane.

Festiwalem książek nienapisanych są targi londyńskie. Odbywają się one na początku kwietnia i nikt tam nie dba o rozległą siedzibę i spektakularną ekspozycję. Najważniejszym miejscem London Bookfair jest piętro agencji literackich, gdzie książek jest jak na lekarstwo. Za to po zimie otwierają się pisarskie głowy i szuflady, a ich agenci w nimbie wyjątkowości i tajemnicy sprzedają… najświeższe book proposale, o których tak wdzięcznie pisała Dubravka Ugresić. Book proposal to parustronicowy opis książki, która dopiero powstaje; rzadko się zdarza, by był do niej dołączony jakiś rozdzialik. Na jego podstawie wydawcy mogą już składać oferty i licytować się na wysokość zaliczek, choć całość powstanie może za pół roku, może za dwa lata, a może… nigdy. Jest to przysłowiowe kupowanie kota w worku, ale i tak najciekawsze worki znikają już przed targami. Jak to możliwe?

Okazało się, że najbardziej pomysłowi wydawcy jeżdżą do Londynu… przed targami i umawiają się na spotkania w siedzibach agencji i wydawców, gdy katalogi targowe są już zamknięte i puchną od nowości, a nikt jeszcze nie zdążył ich przetrzebić.

Wśród zagranicznych agentów z Blackberry udaję, że papierowy notesik jest bardzo stylowy, a zwykły odtwarzacz empetrójek chowam głęboko do kieszeni. Koleżanka emigrantka opowiedziała mi, że w Londynie posady redaktorek i agentek zajmują świetnie wykształcone panienki z zamożnych domów, więc ich pensje nie muszą być wysokie – liczy się prestiż
i uroda pracy wydawniczej. Podobnie jest u nas, myślałam ponuro. Jak mawia nasz pan prezes: - praca tutaj to zaszczyt, a pieniądze są tylko dodatkiem, który pozwala się nią cieszyć.

Branżowe groupies

Spotkasz je na każdej imprezie, związanej z książkami: spotkaniu autorskim, targach, bankiecie ku czci znanego autora czy zwykłej popijawie po premierze. Mogą to być studentki zakochane w pisarzach albo zwykłe poszukiwaczki erotycznych przygód. Czasem pomylisz je z młodymi redaktorkami, które muszą pilnować autora, żeby nie zagadnął go nikt z konkurencji, czasem za samo spojrzenie spiorunuje cię wzrokiem wojująca branżowa feministka.

W świecie wydawniczym widać pewną asymetrię: z reguły to starsi mężczyźni rozdają karty jako szefowie wydawnictw i pisarze, a ich podwładnymi, wysłanniczkami, powierniczkami są młode kobiety, przynajmniej na początku idealistki. Mężczyźni czują się panami tego stada, nawet jeśli ono do nich nie należy, więc łatwo tutaj o nadużycie, choćby werbalne. Pewien subtelny intelektualista westchnął kiedyś na targach z zazdrością: - Ale prezes sobie przywiózł towar…

Autorzy skrycie i jawnie tęsknią za życiem, jakie wiodą gwiazdy rocka i popularni aktorzy. Niestety, rzadko dzieje się tak, żeby przed ich hotelem wyczekiwała stęskniona grupa nastolatek – sami muszą zadbać wcześniej o to, żeby mieć z kim wrócić do łóżka.

Ale zdarzają się też sytuacje odwrotne: pewien młody i odważny autor gniewnej prozy dał się zaprosić studentce do jej mieszkanka, a rano, gdy szli razem do centrum, ze zgrozą zobaczył, jak zaznacza długopisem w windzie kolejną kreskę… Było ich sporo; pisarz pocieszył się jednak, że na szczęście dziewczyna nie wypisuje w windzie nazwisk swoich byłych kochanków.

09:27, sanetrama
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 marca 2012
Jak zatracić się w macierzyństwie... i wrócić do siebie

 

Jak zatracić się w macierzyństwie… i wrócić do siebie

Wróciłam do pracy. Niby na pół etatu i jeszcze trochę z domu, ale jednak prawie codziennie zostawiam moja córeczkę z nianią, a syna w przedszkolu. I już wiem na pewno: ten czas z dziećmi nie wróci. Trochę mi żal, jak moje niemowlę wyciąga rączki do niani (a potem do mnie, gdy wracam), a trochę cieszę się, że mogę wyjść – ubrać się ładnie i niekoniecznie do zabawy na dywanie, wsiąść w auto, pogadać z dorosłymi, nawet podenerwować się czymś innym niż dziećmi.

Myślałam sobie, co dał mi ten czas z dziećmi, ten czas intensywnego macierzyństwa, zanurzenia się w nim po szyję, i już wiem: dojrzałość. Żadna praca wcześniej, żadne stresy i obowiązki, żadna miłość i radość nie była tak intensywna, jak ta teraz. Dziś czuję się dorosła. Kompletna. Szczęśliwa. Wypełniłam do końca swój czas i siebie (choć czasem padam z nóg).

Wszyscy teraz pytają o matki czas dla siebie: u mnie na szczęście czasem dla siebie jest praca. Lubię ją. A malowanie paznokci aż tak mnie nie kręci.

Teraz byle co mnie nie złamie. I nie wkurzy. Mam bazę. Jestem potrzebna i ważna, a nawet najważniejsza. Mam gdzie wracać. Moi przyjaciele sprawdzili się w boju. Moja miłość sprawdziła się w boju. Moje dzieci czekają na mnie na dywanie, a potem czekamy na tatę. I razem na weekend.

Tak właśnie jest. Czego i Wam życzę.

09:57, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2012
O miłości i zazdrości

O miłości i zazdrości

Występują: Krzyś (3 lata), nowonarodzona Wisienka, mama, tata, osoby towarzyszące

Krzyś (do mamy, z lękiem): - Czy urodzisz sobie nowego Krzysia?

Czytamy książkę Astrid Lindgren pod tytułem: Warto mieć rodzeństwo.  – Warto mieć rodzeństwo…  – powtarza Krzyś bez przekonania.

Mama (do taty): - Jak przyprowadziłeś Krzysia do szpitala, to pośród tych noworodków wydał mi się taki dorosły! Tak się za nim stęskniłam…

Krzyś: - Ja chcę mamę, ja chcę mamę!

Tata: - Mama karmi Wisienkę. Ty możesz jeść tyle różnych rzeczy, a ona tylko mleko, mleko, mleko.

Krzyś:  Ja też chcę mleko!

Mama odciąga laktatorem. Niedobre! (na szczęście).

Kubuś: - Nie karmij Wisienki, nie karmij! Ja też jestem dzidziusiem, gu, gu, gu. Dlaczego ona nie robi gu, gu, gu?

(Zachowaj spokój. Pamiętaj, że dla dziecka pojawienie się rodzeństwa, to jakby twój mąż założył harem).

Krzyś: Chciałbym, żeby Wisienka wróciła do brzuszka!

Tata: To i tak uprzejmie z jego strony…

 

Krzyś: - Nie lubię babci. Dlaczego chciała być ze mną sam na sam, jak ty byłaś w szpitalu?

Ja chcę mamę, ja chcę mamę! (Bije babcię, odpycha siostrę).

Babcia: - On nie przejmuje się mną ani Wisienką. Jest zazdrosny o Ciebie. Zazdrość nie zna wieku.

Krzyś: - Dobrą jesteś mamą. Może zostaniesz moją żoną?

Mama: - Ale ja jestem żoną tatusia!

Krzyś (ze śmiechem): - To nic…

Głos z offu: - Chciałby jeszcze zabić tatę?

 

Lekarz pierwszy: - Nie powiem pani, co się dzieje z dzieckiem, bo będzie pani czytać w Internecie.

Krzyś: - Nie jedź z Wisienką do szpitala! A gdzie Wisienka? Nie zapomnij Wisienki z taksówki!

Lekarz drugi: - Dziecko jest obserwowane w kierunku rzadkiej choroby genetycznej, pozostaje nam tylko czekać. Proszę w międzyczasie skonsultować się z neurologiem, ortopedą, okulistą, chirurgiem…

Krzyś: - Ja też chcę być chory, bo wtedy mama zajmuje się tylko mną!

Mama (przez łzy): - Czy da się sprawiedliwie podzielić miłość?

Krzyś (do taty): - Dziś w przedszkolu robiliśmy iskierkę. Ja cię ściskam za rękę, a ty mamę, a mama mnie, a ja ciebie… Poczekaj, idę zrobić iskierkę Wisience.

12:11, sanetrama
Link Komentarze (3) »
czwartek, 15 marca 2012
Biblioteczka parentingowa

Biblioteczka parentingowa

Tytuł felietonu nie brzmi najlepiej po polsku, za to książki, które przeczytałam są naprawdę ciekawe i świetnie napisane. Oto krótka przebieżka po najciekawszych tytułach dla rodziców, jakie ukazały się w minionym roku.

Obsoletki Justyny Bargielskiej zostały wydane jeszcze w 2010, ale rozgłos przyniosły im nagrody literackie otrzymane w ubiegłym roku: nominacja do Nike i Paszportów Polityki, Nagroda Literacka Gdynia w kategorii proza. Na pewno słyszeliście o tym, że „Bargielska fotografuje poronione płody”,  ale to opowieść o wiele bardziej wszechstronna; groteskowa, poważna, kobieca, matczyna, słowem – ważna. Uwaga – dla rodziców o mocnych nerwach. Nie polecana do czytania w ciąży.

W tym samym rzędzie można postawić Cień mojego dziecka P. F. Thomasego. To tren, pieśń żałobna po śmierci półrocznej córeczki pisarza. Niektóre fragmenty są absolutnie rozdzierające: mnie najgłębiej poruszyła scena, gdy matka ubiera w pieluszkę i ciuszki zwłoki dziecka, i zwleka, zwleka, aż już nie ma nic do roboty, a jej piersi, pełne mleka, nie chcą przyjąć do wiadomości tej straty… To jedna z tych książek, po których lekturze sprawdzasz, czy twoje własne dzieci oddychają we śnie.

Przygotowałam też lżejszy kaliber. Bestsellerowa Bojowa pieśń tygrysicy Amy Chua z prowokacyjnym podtytułem: Dlaczego chińskie matki są lepsze to osobista opowieść intelektualistki, Amerykanki o chińskich korzeniach o wychowaniu – a właściwie tresowaniu – jej dwóch córek. Powiem tak: nawet jeśli w zupełności nie zgadzacie się ze stosowanymi przez nią metodami wychowawczymi (głodzenie, izolowanie od rówieśników, kilkugodzinne ćwiczenia na instrumentach muzycznych nawet podczas wakacji), to kilka scen i pomysłów i tak Wam się spodoba. Ja uwielbiałam opowieść o tym, jak Amy podarła naprędce nabazgraną dla niej przez córkę laurkę i spytała ją, czy gdyby dostała coś takiego na urodziny, nie poczułaby się dotknięta (córka była już nastolatką, nie przedszkolakiem). Wychowanie bezstresowe szkodzi!

Rodzicom maluchów polecam za to Dziecko w lustrze Charlesa Fennyhougha. To wciągająca opowieść o tym, jak zmienia się mózg i układ nerwowy płodu, niemowlęcia i małego dziecka pokazywana na żywym przykładzie córeczki autora, Atheny. Mój ulubiony fragment dotyczy tego, jak z punktu widzenia oseska może wyglądać wyjście mamy z domu: zostaję z nie-piersią. Pierś wychodzi i prawie natychmiast wraca, bo czegoś zapomniała. Tytułowe dziecko w lustrze to znany eksperyment mówiący o tym, że półroczne niemowlę dotknie lustra, gdy zobaczy w nim siebie, a dopiero kilkunastomiesięczne dziecko zrozumie, że w lustrze odbija się ono samo.

Teraz jeszcze dwa słówka o dwóch książkach, które więcej obiecują niż dają. Pierwsza to Zła matka Ayelet Waldman, prywatna opowieść o rodzinie pisarki. Książka wywołała burzę przed premierą, bo Waldman napisała gdzieś, że bardziej kocha męża niż dzieci – co okazało się znakomitym chwytem marketingowym. Autorka zwierza się też z trudnej decyzji o aborcji, gdy okazało się, że płód ma wadę genetyczną. Niemniej jednak najlepszy z tej książki jest tytuł, który przypadł do gustu wszystkim zmęczonym byciem „dobrą mamą”.

Podobnie rzecz się ma z Czarnym mlekiem Elif Safak. Impulsem do powstania tej powieści stała się dla tureckiej pisarki… jej depresja poporodowa. Niestety, o samej depresji jest tu bardzo niewiele, więcej – o ciekawych lekturach okołotematycznych.

Na koniec dwie pozycje popularnonaukowe, ale całkiem poczytne: historia dzieciństwa Philippe Aries, z wiele mówiącym podtytułem: Dziecko i rodzina w czasach ancien regime’u oraz feministyczna Historia miłości macierzyńskiej Elisabeth Badinter (wydana jeszcze w 1998). Obie – w skrócie – pokazują, że szczęśliwe dzieciństwo oraz relacja matki z dzieckiem to twory kulturowe, a nie naturalne, na dodatek stosunkowo młode, powiedzmy od połowy XIX wieku, a nawet powojenne. Wcześniej bycie dzieckiem należało po prostu jak najszybciej mieć za sobą.

10:52, sanetrama
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16