Blog > Komentarze do wpisu
Redaktorki. Repryza

Postanowiłam przenieść się z najliczniejszej chyba grupy matek-blogerek-o-dzieciach do nie mniej popularnej kategorii " blogi... ekhm... lliterackie".

Część czytelników gospodyni domowej zna już ten tekst, który zniknął potem z bloga w niewyjaśnionych okolicznościach. Tym, którzy chcieli mnie zań podać do sądu, przypominam, że to jednak fikcja literacka. Ciąg dalszy nastąpi.

 Redaktorki. Powieść branżowa

- Słuchaj, Małgosiu, znajdź mi jakąś robotę w Warszawie, bo tu zaraz zwariuję. – Napisałam na fejsie do przyjaciółki. - Zawsze chciałam zostać wydawcą polskiej edycji „Vogue'a”, ale na początek wystarczy mi posada stylistki w „Cosmopolitanie” albo chociaż „Rewia”. Przynajmniej nikt nie będzie kładł mi do głowy, że spełniam jakąś misję za marne pieniądze.

- Coś Ty – odpisała mi ona. – Tutaj dopiero dostałabyś szału. Co roku wymyślamy to samo, jesienią – co robić ze skórą zmęczoną latem, a w marcu – jak odzyskać blask po zimie. Mamy nastawiać ucha na nowe trendy, a tymczasem cokolwiek napiszemy, dotrze do czytelników za trzy miesiące, a w międzyczasie wiadomość obleci trzy razy dzienniki, Facebooka i wszystkie branżowe blogi. Z prognozowaniem hitów sezonu jest jak z bramkarzem podczas karnych: raz rzucisz się w dobrą stronę i trafisz na piłkę, a kiedy indziej wychodzisz na palanta, zupełnie nie z własnej winy…

Dzisiaj rano Darek zadzwonił, że spóźni się na pewno na zebranie budżetowe, więc żebym go zastąpiła i wymyśliła jakąś wymówkę. Na mailu miałam świeżo zrobiony w excelu plik, którego nigdy wcześniej nie widziałam na oczy, więc go wydrukowałam i popędziłam na piętro. Wszyscy święci już siedzieli, a ja nerwowo rozkładałam papiery i próbowałam się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi.

- Pani Nina nawet nie wie, w którą rubrykę patrzeć – rzucił kpiąco pan prezes, a ja zaczerwieniłam się po same uszy. – Kobiety jednak nie nadają się do liczenia budżetów – dokończył myśl, a obecni faceci usłużnie zarechotali. – Nikt mi nie pokazał, jak się to robi, a jednak żąda się ode mnie wzorowych kalkulacji – próbowałam się bronić, ale łatka pozostała. Może nie umiem liczyć, ale znam się na książkach, pomyślałam, ale to była słaba pociecha.

- To jest mobbing – powiedział autorytarnie mój tata. – Wiem, bo sam przez podobne hasła o mało nie straciłem stanowiska. Ale to pani sekretarka zrezygnowała. Ty też możesz odejść, jak ci się nie podoba, wiesz? 

Szłam potem nad Wisłą i zupełnie niechcący oczy napełniły mi się wodą, więc wyjęłam szybko papierosa. Idę sobie kupić te czerwone buty z Hispanitas na poprawę humoru, za tę emocjonalną poniewierkę. Zakupy poprawiają mi humor na chwilę, ale ileż można włóczyć się po galeriach wśród smukłych nastolatek gotowych się sprzedać za charmsy?

Jesienny wysyp czubów

Każdy redaktor terminuje najpierw przy poczcie literackiej, co uczy go szacunku do tekstów, które dają jakąkolwiek nadzieję. 99,9% rzeczy, które przychodzą z ulicy, nie nadaje się jednak do niczego. Ale zawsze może być ten jeden diament w popiele.

 - Czy jakaś Doris wyśle kiedyś do nas swoją książkę – zastanawiałam się głośno, wpisując do bazy propozycji wydawniczych kolejnego gniota.

– Pewnie nie. Najlepszą rzeczą, jaką złowiliśmy przez to sito było Słodkie życie. Najczęściej dostajemy słabe wiersze albo literackie kosmogonie, a ich autorom trudno jest wytłumaczyć, że to rzecz, która ma się nijak do tego, co ukazuje się dziś na rynku. Najwięcej tekstów przychodzi po zimie i po wakacjach, bo ludzie wykorzystują urlop na porządkowanie szuflady. Po pół roku trzeba wyrzucać piętrzące się stosy makulatury, a zawsze raz na kwartał trafia się ktoś, kto szuka swojego jedynego rękopisu, mimo ostrzeżeń, że „wydawca nie przechowuje i nie zwraca materiałów niezamówionych”.

Listy odmowne opatrywano niegdyś elegancką formułą: Za wcześnie na druk. Dziś jest to z reguły wykręt w stylu: mamy plany wydawnicze na najbliższe lata, zbyt ambitna, nie wydajemy poezji (oprócz Mickiewicza i Miłosza oczywiście).

Kupić, wydać i zmielić

Twarda oprawa źle się mieli. Trzeba zapłacić oddzielnie za ręczne oskórowanie książki i dopiero potem wrzucić do młyna papierniczego goły grzbiet, więc do zniszczenia nakładu trzeba jeszcze dopłacić. Markowi wydawcy nie oddają książek do tak zwanych tanich jatek, czyli tanich księgarni, bo to psuje rynek. Po co kupować za pełną cenę, jak wiadomo, że książka za pół roku będzie do kupienia za bezcen, myśli czytelnik. Dlatego porządne, czytaj: nowocześnie zarządzane firmy wolą zmielić, niż sprzedać taniej.

Pamiętam, że jako studentka znałam cały asortyment tanich jatek w mieście. Do niektórych książek modliłam się miesiącami, bo nie było mnie na nie stać, nawet za pół ceny. Taki Auerbach w twardej oprawie – i tak był drogi. Albo Dzieje Cyganów Frasera: codziennie sprawdzałam, czy są jeszcze wszystkie trzy egzemplarze w księgarni. Jak zostały dwa, kupiłam za ostatni grosz, bo bałam się, że zniknie i już go nigdy nie znajdę.

Praca w wydawnictwie pozbawiła mnie nabożnego stosunku do książek. Gdy codziennie widzisz te sterty niepotrzebnej nikomu literatury, gdy wściekasz się przy powstawaniu innej, to często nie masz ochoty patrzeć na stoliki w Empiku i półki w Matrasie, które uginają się pod ciężarem pracy innych pisarzy, redaktorów i grafików.

Niech żyje Imelda Marcos

Od kilku lat wszyscy redaktorzy powtarzają, ze nie ma sensu jeździć na międzynarodowe targi, odkąd są maile i telekonferencje – ale wszyscy jeżdżą i dbają o to, żeby dobrze się zaprezentować. Targi to wydawnicze targowisko próżności, na którym biedniejsi nie chcą wyglądać gorzej od bogatych, choć nie palą tych samych papierosów. I nie jadają w tych samych restauracjach. I nie kupują butów na Oxford Street, uprawiają tam co najwyżej window shopping.

Pierwszym stopniem wtajemniczenia są targi frankfurckie. Człowiek, który trafia tam pierwszy raz, staje oszołomiony: kompleks hal, po którym łatwiej przemieszczać się busem: w jednej – literatura francuska i włoska, w innej tylko wydawcy amerykańscy, piętro dla agentów, jedna hala dla całej Europy Wschodniej plus inni egzotyczni wystawcy. Jedną halę zajmują kalendarze i notesy, te wszystkie moleskiny i paperblanki, przepustki do świata pisarzy, jak myślą ich posiadacze. Ale warto obejrzeć i tę papierniczą konfekcję, produkowaną głównie w Chinach – pokazuje ona, jak wielkie są dziś możliwości przemysłu papierniczego i dlaczego tak łatwo przebrać jakiś ersatz za książkę. My, dzieci PRL-u nadal pochylamy się z zachwytem nad bajeczkami, które mają w sobie miękkie materiały i szeleszczącą folię, nad okładkami notesów, które wyglądają jak diademy wschodnich księżniczek.

Ale do rzeczy, czyli do książek. Na targach frankfurckich wydawcy, którzy wykupili własne stoisko, eksponują swoje powody do dumy: najsłynniejszych pisarzy, najlepsze okładki, efekty najdroższych kontraktów; to jak przyjęcie dla wtajemniczonych – po półkach poznajesz, z kim chciałbyś się umówić na następnych targach, kogo wizytówkę warto porwać.

Pamiętajcie jednak, że książki wydane nie są już wcale interesujące. Najprawdopodobniej prawa do tych najciekawszych zostały już dawno sprzedane i teraz biedzi się nad nimi jakiś tłumacz. Najnowsze zdobycze są do upolowania przy stolikach agencyjnych, często jeszcze… nienapisane.

Festiwalem książek nienapisanych są targi londyńskie. Odbywają się one na początku kwietnia i nikt tam nie dba o rozległą siedzibę i spektakularną ekspozycję. Najważniejszym miejscem London Bookfair jest piętro agencji literackich, gdzie książek jest jak na lekarstwo. Za to po zimie otwierają się pisarskie głowy i szuflady, a ich agenci w nimbie wyjątkowości i tajemnicy sprzedają… najświeższe book proposale, o których tak wdzięcznie pisała Dubravka Ugresić. Book proposal to parustronicowy opis książki, która dopiero powstaje; rzadko się zdarza, by był do niej dołączony jakiś rozdzialik. Na jego podstawie wydawcy mogą już składać oferty i licytować się na wysokość zaliczek, choć całość powstanie może za pół roku, może za dwa lata, a może… nigdy. Jest to przysłowiowe kupowanie kota w worku, ale i tak najciekawsze worki znikają już przed targami. Jak to możliwe?

Okazało się, że najbardziej pomysłowi wydawcy jeżdżą do Londynu… przed targami i umawiają się na spotkania w siedzibach agencji i wydawców, gdy katalogi targowe są już zamknięte i puchną od nowości, a nikt jeszcze nie zdążył ich przetrzebić.

Wśród zagranicznych agentów z Blackberry udaję, że papierowy notesik jest bardzo stylowy, a zwykły odtwarzacz empetrójek chowam głęboko do kieszeni. Koleżanka emigrantka opowiedziała mi, że w Londynie posady redaktorek i agentek zajmują świetnie wykształcone panienki z zamożnych domów, więc ich pensje nie muszą być wysokie – liczy się prestiż
i uroda pracy wydawniczej. Podobnie jest u nas, myślałam ponuro. Jak mawia nasz pan prezes: - praca tutaj to zaszczyt, a pieniądze są tylko dodatkiem, który pozwala się nią cieszyć.

Branżowe groupies

Spotkasz je na każdej imprezie, związanej z książkami: spotkaniu autorskim, targach, bankiecie ku czci znanego autora czy zwykłej popijawie po premierze. Mogą to być studentki zakochane w pisarzach albo zwykłe poszukiwaczki erotycznych przygód. Czasem pomylisz je z młodymi redaktorkami, które muszą pilnować autora, żeby nie zagadnął go nikt z konkurencji, czasem za samo spojrzenie spiorunuje cię wzrokiem wojująca branżowa feministka.

W świecie wydawniczym widać pewną asymetrię: z reguły to starsi mężczyźni rozdają karty jako szefowie wydawnictw i pisarze, a ich podwładnymi, wysłanniczkami, powierniczkami są młode kobiety, przynajmniej na początku idealistki. Mężczyźni czują się panami tego stada, nawet jeśli ono do nich nie należy, więc łatwo tutaj o nadużycie, choćby werbalne. Pewien subtelny intelektualista westchnął kiedyś na targach z zazdrością: - Ale prezes sobie przywiózł towar…

Autorzy skrycie i jawnie tęsknią za życiem, jakie wiodą gwiazdy rocka i popularni aktorzy. Niestety, rzadko dzieje się tak, żeby przed ich hotelem wyczekiwała stęskniona grupa nastolatek – sami muszą zadbać wcześniej o to, żeby mieć z kim wrócić do łóżka.

Ale zdarzają się też sytuacje odwrotne: pewien młody i odważny autor gniewnej prozy dał się zaprosić studentce do jej mieszkanka, a rano, gdy szli razem do centrum, ze zgrozą zobaczył, jak zaznacza długopisem w windzie kolejną kreskę… Było ich sporo; pisarz pocieszył się jednak, że na szczęście dziewczyna nie wypisuje w windzie nazwisk swoich byłych kochanków.

czwartek, 12 kwietnia 2012, sanetrama

Polecane wpisy

  • Moi Mili

    Moi Mili, z zachwytem stwierdzam, że nadal ktoś jeszcze czyta te opowieści, ale jako matka trójki nie jestem już w stanie pisać tekstów ciągłych; nie mam czasu.

  • Jezu, jakie to dobre. Świetlicki, stary

    Za Tomaszem Fiałkowskim, na koniec dwutygodniowego weekendu Marcin Świetlicki na Trzech Króli: Pora śmierci choinek Styczeń, pora śmierci choinek. Trupy roze

  • O pięknie

    Pomyślałam, że skoro byłam w ostatnie soboty na wszystkich krakowskich targach: Rzeczy Fajnych, Dizajnu i Kraków Łał z rzeczami dla dzieci, to napiszę Wam troch

Komentarze
f_jak_frustratka
2012/04/12 20:47:01
Hm, dobrze wiedzieć jak to jest od tej drugiej strony. ;)
Czekam na dalszy ciąg.
-
sanetrama
2012/04/13 17:59:33
tak jak wszędzie - niewesoło:-)