Blog > Komentarze do wpisu
Będąc młodą redaktorką

Kreatywna księgowość wydawnicza

Jak dokładnie wygląda kreatywna księgowość wydawnicza? Co roku mamy mieć dwudziestoprocentowy wzrost, bo firma, która się nie rozwija, to firma, która się zwija. Jak osiągnąć taki wynik? Zazwyczaj mamy w planie dość książek niskonakładowych i średnich, ale brakuje potencjalnych hitów, najlepiej z gwarancją sprzedaży w stylu Dana Browna. Co więc robią redaktorzy? Wymyślają książki, których jedyną znaną zmienną jest duży nakład. Za pół roku coś się wymyśli, może wskoczy niespodziewany bestseller? Ale ta strategia ma krótkie nogi. Mam budżet pełen nienapisanych, nieistniejących książek, z którego będziemy rozliczani za pół roku, jak gdyby nigdy nic.

Nasz redakcyjny kapo, dyrektor techniczny, co tydzień robi redaktorom czyszczenie kiszek, czyli sprawdzanie postępu prac. Co czwartek stajesz przed komisją niczym młody poborowy i czerwieniąc się, tłumaczysz, dlaczego spóźniasz się z tekstem kolejny tydzień. Argument, że nie oddał go autor, do nikogo nie trafia: zawsze możesz przecież wyszarpać rękopis, zagrozić samobójstwem, wysłać Czeczenów do pisarza, odebrać zaliczkę, ewentualnie napisać brakujące fragmenty sama.

Jeśli coś się znajdzie w planie, to koniec. Takie są konsekwencje kreatywnej księgowości. 

* * *

Co robi redaktor?

- A pani, kim jest? – zapytała słabym głosem wyróżniona autorka.

- Jestem tutaj redaktorką – wyszeptałam nieśmiało.

- To znaczy, że co? Nosi pani książki do drukarni?

- Tak, z grubsza tak – westchnęłam zrezygnowana.

Wzburzony autor, z którego zrezygnowaliśmy, rzucił na odchodnym: - Banda gówniarzy, którym poprzewracało się w głowach od nadmiaru lektur i władzy…

To prawda, jesteśmy trenowani do tej roboty jak młodociani żołnierze-zabójcy. Ambitni studenci z nierokujących filologii. Przeczytać jak najwięcej dobrej i sprzedażnej literatury. Nie przegapić niczego podobnego. Wyszarpać pazurami od autora, jeśli nie chce napisać na czas. Poprawić, przynieść w zębach do działu opracowania językowego. Wydać, zarobić. Następne. Trzeba zmielić? Ach, na dywanik.

A redaktorem jest się dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czytam wszystko, jak leci, automatycznie omiatam wzrokiem ogłoszenia w darmowej gazecie i sprawdzam, co trzyma w ręce zaczytana studentka. W księgarni patrzę po co ludziom same wyciągają się ręce, w bibliotece sprawdzam, na jaką literę brakuje książek. Mój tata żartuje: - Przyniosę ci książkę telefoniczną, może tam coś wypatrzysz?

Kotka na blaszanym gorącym dachu

Nasza redakcja mieści się na poddaszu zabytkowego budynku. Szefowie i marketing mają swoje chłodne, przestronne komnaty na niższych piętrach, a my gnieździmy się pod miedzianą, rozgrzaną patelnią. Lato jest nie do wytrzymania, bo klima schładza pomieszczenie z 38 do 35 stopni.

Na drzwiach prezesa wisi kartka, oryginalny wyimek z carskiego ukazu: „Przed obliczem przełożonego urzędnik winien mieć wygląd lichy i durnowaty, żeby swoim zachowaniem nie peszyć przełożonego” i wszystko się zgadza: kiedy idziemy na dywanik, jesteśmy spoceni i czerwoni na wejściu, co nie ułatwia nam dyskusji.

Bo zwykłe książki są jak meteory…

- Standardowo nowość żyje na rynku do trzech miesięcy. Jeszcze dwa lata temu było to nawet pół roku, ale dziś smok popkultury przeżuwa i wypluwa szybciej. Babskie gazety redaguje się z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, dlatego jeśli zagapicie się i zapowiedzi do kolorowych miesięczników pójdą za późno, to ukażą się akurat wtedy, gdy książka będzie przeżywać swój zmierzch, księgarze ściągną ją z półek i nic już jej nie pomoże… - słuchałam jednym uchem wstępu do wykładu naszego dyrektora finansowego o minimalizacji ryzyka finansowego.

 - Każde wydawnictwo marzy więc o backliście, czyli tytułach, które sprzedają się zawsze, co roku, jak lektury szkolne czy klasyka. To poduszka finansowa dla dużej firmy, która pomaga zneutralizować skutki ewentualnych nietrafionych decyzji redakcji. Musimy ustalić, że każdy dział, w ramach rocznego budżetu, może pozwolić sobie na maksymalnie dwa tytuły, których koszt produkcji jest wyższy niż pięćdziesiąt tysięcy złotych, a sprzedaż i zysk – niepewne, bo to na przykład debiut albo penetrowanie nowych obszarów rynku…

- Antyprzykładem niech będzie książka kucharska, wydana przez nas w ubiegłym roku – natychmiast poprawiłam się na krześle, gotowa bronić moich racji do ostatniej kropli krwi. Koszt zaliczek dla autorów, zdjęć i łamania, nie mówiąc o kosztach druku (powyżej 10 złotych za egzemplarz), sprawił, że książka ledwo wyszła na zero, i to dlatego, że końcówkę nakładu sprzedaliśmy hurtem na prezenty dla korporacji.

- Skoro nic na tym nie zarobiliśmy, po co było to wydawać? Dla zabawy redaktora? Czy nie dało się więc tego zrobić taniej? – nabieram powietrza w płuca, ale to tylko chwyt retoryczny, nikt nie dopuszcza mnie do głosu. Zresztą jaki jest sens tłumaczyć, że książka była piękna
i świetnie zrecenzowana, autorzy zadowoleni, czytelnicy mam nadzieję, też. Odtąd będziemy robić książki tanie, proste i dla każdego, czyli dla nikogo.

Po południu, w ciszy pokoju redakcyjnego, przewracam jeszcze raz kartki książki kulinarnej wydanej przez brytyjskiego Phaidona. To tysiąc dwieście stron najlepszych włoskich przepisów, wydrukowanych na cienkim, biblijnym papierze najwyższej jakości, który mało prześwituje. Musielibyśmy zamówić jej minimum dziesięć tysięcy, bo koedycja jest robiona w Chinach, a tam miliard w środę, miliard w sobotę, nie zawracają sobie głowy mniejszymi nakładami. Jeśli się nie sprzeda, zawali nam połowę magazynu. Myślałam, że na następne zebranie przygotuję jej kalkulację, ale w świetle obecnych ustaleń, mogę ją schować na smutną półkę tytułów, które chciałabym, ale nie mogę…

Pamiętam, jak kupiłam Srebrną łyżkę na potargowej wyprzedaży Phaidona w Londynie i dźwigałam ją w bagażu podręcznym, bo nie mieściła się już do walizki, razem z pięknym albumem The Nature of Photography, który uczył patrzenia na zdjęcia i szlifował oko. Książka to też przedmiot pożądania, nie tylko produkt, jak pasta do zębów. Można zachwycić czytelnika okładką, która odróżnia ją od masy innych zalegających w księgarni. Lekko szorstki, niebielony chemicznie papier do prozy, czy biały, gładki, ale bez połysku do albumów, jego gramatura czyli gęstość… Twarda oprawa, a na niej reprodukcja nieznanego obrazu, albo remake znanego dzieła, który dzwoni Ci w głowie i sprawia, że zastanawiasz się, jakim przeżyciem byłaby lektura tej książki. Czy dorówna okładce?

Mistrz, władca papieru i płótna, półskórka i obwoluty

Materiałoznawstwo – to powinien być przedmiot na studiach edytorskich. Kiedy przyszłam do pracy, zdążyłam jeszcze zetknąć się z moim mistrzem, redaktorem technicznym starej daty, który tęsknił za książkami, którym wybierano oprawę, a nie drukowano z taśmy: broszura, tani biały papier, wydać, sprzedać, zmielić…

Jeśli tylko mieliśmy chwilę, zapraszał nas do swojego kącika z albumami od najlepszych papierni, tłumaczył różnice w gramaturze i grubości papieru. Ba, pomagał czasem oszukać czytelnika, kiedy tekstu było mało, a chcieliśmy wziąć za książkę dobrą cenę – wybierał papier, który pogrubiał tom jak karton, dając jednak wrażenie obcowania z materiałem szlachetnym. Zachęcał nas do stosowania obwoluty, jako najelegantszej formy oprawy, ale miał nosa do nieudanych eksperymentów: kiedy chcieliśmy zrobić obwolutę MNIEJSZĄ niż format książki, bo wydawało się nam to rozwiązaniem oryginalnym i niepospolitym, pokręcił tylko głową z powątpiewaniem, ale załatwił sprawę ze zdziwionym drukarzem.

Książka taka nikomu się nie podobała: ani autorowi, ani czytelnikom, ani nawet grafikowi, który wpadł na ten pomysł i redaktorom, którzy go poparli. A nasz mistrz powiedział wówczas, że są pomysły testowane przez stulecia i czasem nie ma sensu ich poprawiać.

Pozycjonowanie produktu

Nie będę roztrząsać już dylematu starego jak literatura wagonowa: czy książka dobra to książka poczytna i sprzedażna, czy ambitna i wymagająca od czytelnika zaangażowania umysłowego? Czasem potrzebuję jednej, czasem drugiej. Robiąc w literaturze na co dzień, nie zawsze mam siłę walczyć z oporem trudnej materii, wolę wieczorem odpłynąć przy Colette, która jednakże umie pisać! To jest kryterium.

- Po co pani czyta te wszystkie recenzje?

– Słucham? – wydawało mi się, że się przesłyszałam, ale nie: to prezes, jak zwykle, bez przywitania, stanął nad moim biurkiem i rzucił coś zjadliwego.

- Skoro ostatnio kupiliśmy w ciemno dwie powieści popularne i jedna była dobra, a druga nie i trzeba było utopić zaliczkę, to może zastosować tę statystykę i kupować co drugą?

– Jego logika była trudna do podważenia, ale spróbowałam:

- A jeśli nam się trafią same te gorsze?

– To pani w tym głowa, żeby było na odwrót, za to pani płacimy…

Po czym wyszedł, nie czekając na odpowiedź, bo w rzeczy samej nie o wymianę zdań tu chodziło, ale o zdenerwowanie pracownika. Wróciłam do czytania recenzji, ale machinalnie zaczęłam obgryzać paznokcie. Potem wstydzę się pokazać ręce, bo opuszki palców mam różowe, odsłonięte i bezbronne, zresztą pisał o tym ładnie Mikołaj Łoziński.

- Moi szefowie mają mnie za osobę mało rozgarniętą, i pewnie słusznie. Najlepsze riposty przychodzą mi do głowy po 24 godzinach albo w mailach do Ciebie – napisałam wieczorem do Gosi.

Wiecznie początkujący literat

- Dlaczego dział marketingu jest tu ważniejszy niż redakcja, a jego ludzie lepiej opłacani? – zadała rejtanowskie pytanie redaktor naczelna. - Bo dobrzy handlowcy mogą przejść do innej firmy, a filologów w tym mieście jest jak psów, zawsze znajdą się chętni do pracy przy książkach za nieduże pieniądze. I szybko się uczą. – odpowiedział rezolutnie pan prezes.

Trzeba jednak było przysiąść do matematyki – westchnęłam, gdy usłyszałam ten komentarz. Wiele razy chciałam unieść się honorem i złożyć wypowiedzenie, ale mam na świeżo rozmowę z kolegą doktorantem, który nie dostał stypendium, więc dorabia w pizzerii i czeka jak na zbawienie na dwieście złotych, które dostanie z „Twórczości” za recenzję. - Na Facebooku chciałem dołączyć do grupy Czekam na przelew, ale zorientowałem się, że dawno już w niej jestem…

Trzeba będzie kiedyś spłacić długi karciane i wziąć kredyt na jakąś jamę w betonie, a tutaj przynajmniej mam umowę i regularne wypłaty. A jeszcze czasem trafi się przebłysk satysfakcji, jeśli uda ci się wyminąć wszystkie rafy i doprowadzić do wydania fajnej książki.

A to był jeden z udanych dni, w dodatku pierwszy kwietnia: po sympatycznym weekendzie w końcu wydusiłam tekst ze spóźnialskiego autora, wyhaczyłam innego i namówiłam go na spotkanie w Warszawie, a na koniec okazało się, że premie kwartalne będą całkiem przyzwoite. W brylantowym humorze wyszłam z firmy i spacerując nad brzegiem Wisły, postanowiłam zrobić tacie primaaprilisowy dowcip. Przybrałam ton poważny oraz lekko zakłopotany i zadzwoniłam do niego w porze, w której rozmawiamy tylko o ważnych sprawach.

– Co tam u Ciebie? – pyta tata machinalnie znad biurka.

– Ach, chyba jestem w ciąży – wypaliłam. Strzał był celny; martwa cisza po drugiej stronie słuchawki. Nie zapominajcie, że moi rodzice są po rozwodzie, a tata był moim formalnym opiekunem i to on czuł się odpowiedzialny za złe wychowanie córki.

– Mam nadzieję - wykrztusił po chwili – że nie jesteś z tym… problemem sama?

– No, nie wiem, to się okaże. Musiałam zmyślać na bieżąco.

– Córciu, muszę ochłonąć, zadzwoń wieczorem, to pogadamy i coś pomyślimy, dobrze?

Czas się wycofać.

- Dziś jest prima aprilis! – zawołałam radośnie, ale ojcu wcale nie było do śmiechu. Obraził się na mnie śmiertelnie na dobry tydzień. Nie przyjmował przeprosin, nie odpisywał na esemesy, aż w końcu powiedział:

- Zrozumiesz, jak kiepski to był dowcip, jak kiedyś sama będziesz miała dziecko. Nie wiem do dziś, czy można to nazwać udanym kawałem, bo w sumie dał się spektakularnie nabrać.

Do końca życia zostanę młodą redaktorką

Podczas kolejnego z naszych okrągłych, hucznie świętowanych jubileuszy dałam się namówić na występ w skeczu Będąc młodą redaktorką (kiepska podróbka niezapomnianej młodej lekarki Ewy Szamańskiej). Wychyliłam jeden kieliszek wiśniówki dla kurażu, a potem, na zaimprowizowanej scenie, doznałam objawienia: - Już na zawsze pozostanę tutaj młodą redaktorką, bo ci ludzie widzieli, jak wszystkiego się przy nich uczyłam i nie dadzą mi o tym zapomnieć. Stałam potem wściekła w rudej peruce z warkoczami i czerwonej szmizjerce z epoki linotypu, paliłam trzeciego papierosa i myślałam, że właśnie podpisałam cyrograf.

Wrogie przejęcie

Prezes chlubi się w mediach, że średnia wieku w redakcji nie przekracza 30 lat, wszyscy są młodzi, prężni i bez peerelowskich zaszłości, ale ma to jeszcze jeden głębszy sens: nikt nie przedkłada rodziny nad pracę, nie bierze zwolnień, nie chorują mu dzieci ani nawet rodzice. W naszym dziale jest tylko jedna matka dwójki dzieci, do których ma dwie nianie oraz panią do sprzątania, co stawia pod znakiem zapytania finansowy sens całego przedsięwzięcia, ale w końcu kładą nam do głowy, że kobieta powinna się realizować zawodowo za wszelką cenę, więc proszę.

Autor przyleciał z Poznania na spotkanie swoją cessną, ale za kawę kazał mi zapłacić: - Wrzuci to Pani na rachunek firmy, prawda? – upewnił się uprzejmie. Bogaci ludzie rzadko płacą sami, przypomniałam sobie slogan nuworyszy.

A mówiłam Wam, że autorzy dzielą się z grubsza na bufonów, żigolaków i nudziarzy? Czasem, raz na sto, zdarza się pisarz nie z tej ziemi: kulturalny, elegancki, słucha twoich rad, choć możesz być nawet o połowę od niego młodsza. Przywiązujesz się potem do takiego autora jak pies do pana, bronisz go zajadle przed cięciami kosztów i głupimi pomysłami promocyjnymi.

Gdy kiedyś prosiłam pana prezesa, żeby podpisał zaliczkę dla autora poza kolejnością, bo wyjeżdżał za granicę i pieniądze były mu niezbędne, ten powiedział: - A co będzie, jeśli autor się nie wywiąże z umowy? Już wiem! Będę ściągał tę zaliczkę z pani pensji, zostawię tylko tyle, żeby pani mogła dla nas pracować o chlebie i wodzie…

Już, już miałam na końcu języka, że pensję i tak mam głodową, ale pomyślałam, ze to nie jest dobry moment na negocjacje. Schyliłam pokornie głowę, poczekałam na podpis i pognałam do księgowości.

Mój związek na odległość nie wytrzymał konkurencji z pracą. Byłam neofitką, czytałam, redagowałam, uczęszczałam na wszystkie spotkania autorskie i firmowe promocje, nie miałam czasu na miłość.

- Tylko Plejada i Plejada, nie widzisz świata poza nią, nie umiesz już o niczym innym rozmawiać – wyrzucał mi mój chłopak. - Przez telefon najpierw opowiadasz mi przez pół godziny, co w robocie, a pod koniec rozmowy kurtuazyjnie pytasz, co u mnie i kiedy wpadnę.

Scena zazdrości o pracę. Hm. Co ja mam o tym myśleć? Żeby chociaż o szefa albo kolegę zza biurka! Z drugiej strony ma trochę racji. Na ostatnim urlopie szukałam na bezdrożach kafejki internetowej i sprawdzałam pocztę oraz pracowego eftepa, żeby zobaczyć, czy są już na nim zdjęcia do albumu, który ma się ukazać jesienią. A on w tym czasie pilnował bagaży i zły palił papierosa za papierosem. Ale przecież i on złapał bakcyla wydawniczego: czyta wszystkie recenzje w prasie i dyskutuje z ich autorami, bo czasem sam wie lepiej, podkochuje się w pisarkach zamiast w aktorkach, zbiera autografy.

Moje życie towarzyskie właściwie obumarło. Zapisałam się więc na francuski, ale po ośmiu godzinach intensywnej pracy intelektualnej nie jestem w stanie skupić się na zajęciach, ziewam i odpływam i ciężko mi dogonić bystre studentki, które mają po dwie godziny ćwiczeń dziennie. To prawda, że języków trzeba się nauczyć najdalej do studiów.

Z tego wszystkiego zapomniałam napisać pracę magisterską. Wyrozumiała pani profesor okrawywała mi temat i objętość, aż powiedziała, że tu, tu jest cienka czerwona linia, której nie przekroczy, podpisując mój dyplom swoim nazwiskiem. Po obronie, w ostatnim możliwym terminie, życzyła mi serdecznie spełnienia zawodowych marzeń i kazała zejść sobie z oczu.

Za wcześnie na druk - o ambicjach literackich redaktorów

Ktoś, kto robi w literaturze, ocenia książki, pisze recenzje i wybiera tytuły do wydania u nas, zazwyczaj potrafi zgrabnie formułować myśli na piśmie. Skoro przepisujesz na polski tekst znanego autora, dlaczego nie mógłbyś sam spróbować? Co jednak odróżnia powieściopisarza od copywritera, który wyżywa się na fejsbuku? To, że potrafi te wszystkie zgrabne i śmieszne zdania nanizać na jakąś fabułę…

Pamiętaj jednak, żeby nie proponować niczego we własnym ogródku. Zadziobią cię. Przecież każdy potrafiłby lepiej od ciebie, no nie? A jeśli wyślesz gdzie indziej i książka, nie daj Boże, odniesie sukces? Wyleją cię z roboty. Najlepiej spróbować u siebie, ale pod pseudonimem. Wtedy, po pozytywnych recenzjach ciężko będzie im się wycofać, a po negatywnych – jesteś kryty i możesz zanieść do tego wydawcy, z którym najbardziej chciałbyś współpracować.

Pracownicy tej firmy nie kupują książek, które sami produkują, tak jak dobrzy piekarze nie jedzą chleba, którego recepturę znają… Oni czytają niskonakładowe reportaże, których u nas nie opłacałoby się wydać, bo nie zarobiłyby na promocję w Empiku, rachunki za telefon, papier do ksera… i nasze pensje.

Najdzielniejszy z redaktorów zdobył się kiedyś na odwagę i poszedł do prezesa z prośbą o podwyżkę, argumentując, że pracownicy firmy notowanej na giełdzie nie mogą zarabiać grubo poniżej średniej krajowej. Nie pomogło. Więc tuż przed Bożym Narodzeniem tłum z pochmurnymi minami zażądał Wesołych Świąt; wspólnie (bo całej redakcji nie wyrzucą) powiesiliśmy ten kultowy rysunek Raczkowskiego na drzwiach zarządu – i dostaliśmy w końcu obiecane podwyżki. No proszę: jak chcą, to mają poczucie humoru.

 

wtorek, 17 kwietnia 2012, sanetrama

Polecane wpisy

  • Moi Mili

    Moi Mili, z zachwytem stwierdzam, że nadal ktoś jeszcze czyta te opowieści, ale jako matka trójki nie jestem już w stanie pisać tekstów ciągłych; nie mam czasu.

  • Jezu, jakie to dobre. Świetlicki, stary

    Za Tomaszem Fiałkowskim, na koniec dwutygodniowego weekendu Marcin Świetlicki na Trzech Króli: Pora śmierci choinek Styczeń, pora śmierci choinek. Trupy roze

  • O pięknie

    Pomyślałam, że skoro byłam w ostatnie soboty na wszystkich krakowskich targach: Rzeczy Fajnych, Dizajnu i Kraków Łał z rzeczami dla dzieci, to napiszę Wam troch

Komentarze
an303
2012/04/20 13:12:51
Ciekawie było poczytać o tej pracy, choć teraz bycie "panią redaktor" nie brzmi już dla mnie tak kusząco :)

Nie wiem, czy na pociechę: ja w pracy zajmuję się pisaniem (scenariuszy do szkoleń e-learningowych) i choć pracuję w firmie niby nowoczesnej, nastawionej na nowe technologie itp itd, moja pensja też jest żenująca. Znajdujące się obok pokoju "scenarzystek" pokoje IT i handlowców to pod tym względem inne światy.

Nie wiem, czy jest jakiś zawód, w którym możemy dobrze zarobić...?
-
sanetrama
2012/04/23 17:55:38
może jako copywriterka?;-)